środa, 23 czerwca 2010

Z serii (NIE)codzienność: Nabyłam...nieruchomość :)

tak!!! nabyłam - drogą kupna :)

Zawsze marzyłam o własnym domu... O domu, w którym pachnie miłością i chlebem, w którym na stole stoją kwiaty, a z głośników sączy się dyskretnie Monteverdi. O domu, który stanie się moją przystanią i ostoją. O miejscu, gdzie będą korzenie moje i mojej Rodziny przyszłej... O miejscu, w którym inni będą czuli spokój, znajdą potrzebną ciszę, ale i energię, jeśli tego właśnie będzie im brakować.

Szukałam zatem i szukałam... Długo, ale cierpliwie, bo sprawa miała, że się tak wyrażę, najwyższy priorytet, więc pośpiech nie był wskazany. Dużo mnie kosztowało, żeby nie przyśpieszać wydarzeń.

I w końcu znalazłam :)

Domek jest malutki, ale ma w sobie kawał historii ludzi, którzy tam mieszkali, czasów, które przetrwał... Zbudowano go dawno temu (naprawdę dawno! aż dziwne, że nie muszę się konsultować z jakimś konserwatorem :) ), więc miał czas na zbieranie doświadczeń. Dom jest drewniano-murowany, z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie, ot taka chatka Baby-Jagi, która przycupnęła na chwilę w cieniu starych drzew (chatka, nie Baba-Jaga oczywiście :)). W środku króluje drewno - bele na ścianie (jednej), belkowany, gdzieniegdzie cały drewniany, sufit, stary piec w kuchni. Dookoła ogród i piękny, stary, kamienny mur z jednej strony. W ogrodzie mięta, melisa, lawenda.... Prawie, jak Prowansja :)

Wprowadzam się jesienią późną dopiero, ale tyle czekałam, to poczekam jeszcze pół roku. Zresztą i tak wiecie to wszystko :)


I, zdaje się, że... zaświeciło słońce nad moją Drogą. Jasne i ciepłe :)

Tyle na teraz.

Dawno mnie tu nie było... znowu... Trochę odwykłam.

Może się poprawię :)

wtorek, 29 grudnia 2009

Z serii "codzienność"... Powrót.

Nie lubię zmian. Tzn. w tej chwili nie lubię zmian. Krótkoterminowo ich nie lubię. Nie lubię momentu, w którym następują. Potem jest już ok.

Powrót jest w tym kontekście zmianą. Zmianą o tyle istotną, że zauważalną i na tyle nieprzyjemną, że za każdym razem inną, nową, nieprzewidywalną. A z drugiej strony przyjemną, bo to w końcu "urządzony po naszemu fragment świata" i zbratać się z nim tak czy tak, jak śpiewał pewien bard, trzeba... Pozwólcie, że ujmę to półkolokwialnie - co za durna ambiwalencja!
Nawiasem mówiąc, sama się dziwię, że to piszę, bo ja przecież lubię zmiany. Nawet bardzo. Lubię to, co nowe, ciekawe, nieprzewidywalne. Ale... są zakresy, dziedziny, miejsca w przestrzeni i czasie, w których nawet ja potrzebuję ciszy, spokoju, ładu i...niezmienności.

Dziś nie zmierzam się rozwodzić nad kwestiami egzystencjalnymi. Chociaż... może trochę jednak tak. W każdym razie nie kwestiami życia i śmierci.

A o co tak naprawdę chodzi?
Chodzi o zmianę stanu, miejsca, poczucia swoistego bezpieczeństwa. O adaptację, o której pisałam poprzednio. Jak już wiecie, byłam tydzień w domu. Okazało się, że to wystarczająco długi okres czasu, żeby się zaadaptować do nowych-starych warunków. Super, ale, kiedy już zaczynało być ok, normalnie, codziennie... CIACH! nastał czas  p o w r o t u i cały porządek trzeba było zacząć budować od nowa. To takie małe zmagania z materią codzienności, ale czasem mi się po prostu nie chce.

Niemniej jednak wróciłam, oswoiłam rzeczywistość zastaną (nie było tak najgorzej) i oto jestem. Tym razem z Krakowa.
Nawiasem mówiąc - jak ludzie radzą sobie z wielkimi powrotami po naprawdę długiej nieobecności??
To nie dla mnie...

Dobranoc.

niedziela, 27 grudnia 2009

Z serii... bez serii :)

Jakby ktoś chciał, zapraszam na mojego "muzycznego" bloga :)

http://zefiro-torna.blogspot.com/

Z serii "codzienność"... Święta.

Z serii "codzienność", choć to nie do końca codzienność, prawda? A przynajmniej założenie jest takie, że nie powinno być codziennie. Nie zamierzam zagłębiać się nadmiernie w statystyki socjologiczne dotyczące tego, jak Polacy spędzają Święta Bożego Narodzenia, ale raczej napisać trochę, jak to jest u nas. Bez obawy - bardzo rodzinne i prywatne szczegóły zostawię dla siebie.
Jak to jest, jak nagle z różnych kawałków Polski Rodzina zjeżdża się w jeden punkt, do Domu. Sielanka? Otóż, nie do końca. Tzn. nie od razu. Proces adaptacyjny, że się tak wyrażę, musi i zajmuje kilka minut/godzin/dni... Tak jest i będzie. Mamy swoje życia, swoje przyzwyczajenia codzienne, swoją zagospodarowaną na własny obraz i podobieństwo przestrzeń. Ja tak mam. A nagle trzeba bez mrugnięcia okiem, przenieść się i przyzwyczaić do czegoś, co było "nasze" kilka dobrych lat temu, a teraz...hmm, jest czymś... nowym. Za każdym razem nowym. Ostatecznie jednak odnosi się nad rzeczywistością mniej lub bardziej spektakularne zwycięstwo.

Bo w sumie - w domu jest miło - ogień w kominku, pachnąca choinka, ludzie do porozmawiania, ludzie w ogóle, ciepła herbata i absolutny nakaz odpoczynku (któremu początkowo nieznośnie blisko do nudy). To trochę jak z urlopem (według wszelkich badań i statystyk, a także z doświadczenia własnego) - żeby w pełni korzystać z oferowanych dobrodziejstw, potrzeba 2 tygodni... A tutaj nic - tydzień i "do zobaczenia za pół roku". Po raz kolejny trzeba zająć się akceleracją - tym razem akceleracją adaptacyjną.


Obżarstwo, pękające w szwach brzuchy, niemoc twórcza i każda inna...
Brzmi znajomo? :)

No niestety, ale i "stety", okres świąteczny łączy się z obowiązkiem/przyjemnością konsumpcji tylu dóbr rynku gastronomicznego, że nierzadko człowiek zadziwia sam siebie ;)
I w tym roku nie było inaczej. Jednak, jakoś nie narzekamy. Pyszności na stole mnóstwo, cały dzień, jak na francuskim weselu - "zjadła już pani te trzy przystawki, dwie zupy i pięć drugich dań? och, to doskonale, mamy dla pani jeszcze deser nr 1, nr 2, nr 3, nr 150...." ;)
Na szczęście, za kilka dni wszystko wróci do normy. Choć właściwie... może wcale nie chcę, żeby wracało do normy? Bo czym jest moja norma ostatnimi czasy... brak ciepłych posiłków, brak czasu na jedzenie, jakieś dziwne przekąski... Czy w tej sytuacji nie lepszy bigos, kluski z kapustą, pierogi, czy choćby grzanki z żółtym serem i chrupiącą sałatą? No... lepsze. Ale wracać trzeba.

Zatem wracam i zostawiam całe to błogie lenistwo, ciepło, jedzenie, żeby mieć o czym myśleć, a może czym się inspirować? ;)

Kolędy z tym roku zaliczone, choć nie bez śmiechu.
"Kevin sam w Nowym Jorku" też :)

Termin "Święta" i rozważania na ten szczególny temat, naprawdę trudno ogarnąć w kilku linijkach wypowiedzi, więc to tylko takie chwilowe refleksje były... Może jeszcze napiszę później.



A teraz noworocznie.


Chciałabym, żeby Rok-Który-Przyjdzie był otulony, jak ciepłym szalem, odpowiedzią na pytanie...




...bo ważne, żeby wiedzieć.







Życzę wszystkim (choć czytelników nie mam aż tak wielu), żeby Nowy Rok przyniósł Wam wielki worek pełen szczęśliwych chwil, radosnych rozmyślań, nowych, ciekawych wyzwań, szans wielkich i małych, dobrych ludzi wokół, miłości w sercu i ciągłej inspiracji płynącej z codzienności.


... i jeszcze szczyptę: zdrowia, energii i odwagi, żeby życie miało siłę mieć smaczek :)




piątek, 27 listopada 2009

Z serii "codzienność"... Bezrobotna bez czasu wolnego?


Dzisiejszy odcinek sponsoruje... UE!

Teoretycznie: Dzień, jak co dzień. Miesiąc, jak poprzednie... A jednak nie. Od początku listopada jestem właściwie bez pracy. Tak, słowo "właściwie", z zawartą w nim mieszanką pewności i powątpiewania, lekkiej kpiny i ukrytej radości, ambiwalentne, choć zwyczajne "właściwie" będzie tu bardzo na miejscu.
Już wyjaśniam, jak to jest - swoją drogą, materiał fascynujący z punktu widzenia badań osobowości, a może ascendentów i innych elementów kosmiczno-niekosmicznych, walczących o dominację nad naszym losem? Ja po prostu mam zapisane w gwiazdach czy jakimś innym utrwalaczu drogi życia, że nie dane mi będzie, ordynarnie rzecz ujmując, siedzieć na tyłku i się nudzić. W sumie to dobrze, tylko, żeby jeszcze z tego żyć można było, sytuacja byłaby wręcz wymarzona ;)


W Stowarzyszeniu, z którym uparcie nie chcę się rozstać, mając nadzieję, że ono ze mną też nie, nastał czas pisarski. A co wpadło w nasz wir kreatywności? Oczywiście projekty. Projekt to tajemnicze słowo, wieloznaczne (semantycznie i emocjonalnie) ostatnimi czasy. Otóż projekty są różne - wielkie, finansowane przez naszą dobrą siostrę - Unię Europejską ;) i mniejsze - ze źródłami finansowania gdzieś bliżej, np. w Mieście Krakowie. Tak więc - projekty ogarnęły ciała, dusze i energię tak wielu osób, że aż dziwny stał się brak jakiejś lokalnej czarnej dziury ;)
Wiecie, jak to jest, kiedy nad projektem siedzi się bez przerwy przez jakieś 20 godzin? Jeśli wiecie, to good 4 U, jeśli nie - hmm, jako doświadczenie głęboko poznawcze :) - polecam. Ok godziny 1:30-2:00 w nocy mieliśmy już taką głupawkę, że nie dało się przez chwilę zrobić nic. najbardziej fascynujący jest mechanizm nakręcania paniki, beznadziei i depresji, który w swoim centrum ma... znak. Brzmi tajemniczo? Otóż - nic prostszego. Unijne wnioski mają bowiem limit znaków - 20.000 (zaledwie! cóż to jest 20 tys znaków przy potędze ludzkiej pomysłowości, przy ludzkim pragnieniu stworzenia genialnego przekaźnika dobra? ;) ). Powiem Wam, że 20.000 znaków to jest wielkie NIC. O wiele ZA MAŁO i ten, kto tak haniebnie zamachnął się (he he) na ludzką chęć czynienia/tworzenia i rozszerzania cennych społecznie wartości, powinien spłonąć na stosie. Zaiste. :)
Niemniej jednak, na przekór wszystkiemu, wniosek napisaliśmy i złożyliśmy (choć bardziej uzasadniony będzie tryb niedokonany "składamy"). I żeby to jeden! Złożyliśmy jeszcze jeden inny, a trzy kolejne (różnej wielkości) są na ukończeniu. Ba! I jeśli jeszcze raz gdzieś przeczytam lub usłyszę, że dzisiaj ludzie są zbyt leniwi na wolontariat, to powystrzelam (wybitnie niespołeczne zachowanie ;)).

Zatem, strzeżcie się i doceniajcie! :)

Dobrej nocy!

czwartek, 6 sierpnia 2009

Żegnaj nam dostojny stary porcie i Mydełko Fa. Gołubie dzień 13

Kochani!

To już ostatnia relacja, bo jutro (inaczej, niż było planowane), zaraz po kolacji wyjeżdżamy i obawiam się, że nie zdążę już napisać. Niemniej jednak powiem Wam, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień, ale to na koniec.

Zacznijmy, jak zwykle, od rana.

8:00 - gimnastyka leśna, już bez brzóz. 9:00 - śniadanie, już bez dyplomów i zaszczytów ;)
Po śniadaniu fitness, a po nim - po jabłka do sklepu, bo na śniadanie zjadłam bardzo mało. Następnie do domku, czytać, oglądać, itd. Obiad o 13.45. Zaraz po obiedzie poszłyśmy sobie z Elką do Sikorzyna. Tym razem same, a więc - w końcu z książką i nutami na spokojnie - nikogo do oprowadzania, nikogo do koncertów wymuszonych. Pogoda dziś była piękna - gorąco i słonecznie! Wysmarowałyśmy się zatem kremem z faktorem 50 (żeby się przypadkiem nie opalić ;)) ) i wyruszyłyśmy na spotkanie ze słońcem. W Sikorzynie w końcu spotkałyśmy pana Leszka Zakrzewskiego - właściciela dworku. Cudowny człowiek! Normalnie go uwielbiam :) Jest pewnie koło 50., jest bardzo przystojny, ma poczucie humoru i klasę. Jest konserwatorem zabytków w Gdańsku. Sikorzyno kupił jako ruinę i powoli doprowadził je do takiego pięknego stanu, jaki prezentuje dziś. Tak naprawdę nie spodziewałam się, że mnie pozna, a on nie dość, że mnie poznał i uściskał, to jeszcze przedstawił mnie swojej córce Marcie, jako swoją przyjaciółkę :) Poza tym - wymógł na nas obietnicę, że przyjedziemy też jutro, no więc już wiecie, jaki mamy plan na po obiedzie :)
Tak, że do kolacji czas upłynął cudownie!!
Na kolację była (z dobrych rzeczy) marchewka surowa i pyszne leczo, więc się objadłam nieprzytomnie, a potem był koncert zespołu Śliwiński Band. Ekstra grali!! Ten Wojtek Śliwiński - wokalista, został polecony przez panią Skrętkowską (od Szansy na sukces), która była ze mną na turnusie w ubiegłym roku. Grali taką muzykę do tańczenia - dużo rock'n'rolla, którego ja uwielbiam, więc się wyszalałyśmy. Nawet jeden pan powiedział mi na ucho, że świetnie tańczę właśnie ten taniec. He he :) (sama to tańczę, ale w parze już rock'n'rolla to za bardzo nie umiem). Poza tym, na tym wieczorku pożegnalnym, bo to to właśnie było, podali jabłka pieczone. Zjadłyśmy z Elą po 3 !! i teraz umieramy kompletnie i pewnie przytyłam z powrotem to, co schudłam. Ale było fajnie :)

Teraz trochę poczytamy i spać.

A plan na jutro jest taki: rano jest gimnastyka w lesie, potem śniadanie, po śniadaniu o 10:00 - fitness (ostatni), o 13.45 - obiad. W tzw. międzyczasie musimy się spakować i zapakować do samochodu tak, żeby mieć na po obiedzie auto gotowe do drogi. O 14.30 ja mam manicure, który mam nadzieję nie potrwa długo i, jak tylko skończę, wsiadamy tym razem w samochód i jedziemy do Sikorzyna - pożegnać się i na herbatę. Wracamy na kolację, odbieramy prowiant za sobotnie śniadanie i zamówione jedzenie i zaraz po kolacji, czyli pewnie ok.18.30 wyruszamy w drogę powrotną do Konina. I w sobotę rano, czyli po 9.00, bo jeszcze mam podpisać jakieś dokumenty, wyruszam do Krakowa.

I to by było na tyle.

Żegnam Was z Gołubia - ja, która przeżyłam i to w dobrym humorze :) Dzięki, że mieliście tyle samozaparcia, żeby czytać te relacje!

Ściskam!!!

środa, 5 sierpnia 2009

"Nasiono jest miększe i łatwiej nam do gotowania...". Gołubie dzień 12

Dziś dzień przechodzenia na warzywa z powrotem.

Ale od początku: najpierw gimnastyka w lesie i brzozy - po raz ostatni, więc trzeba się było porządnie poprzytulać ;) Potem... a no właśnie! Potem zaszczyty, dyplomy i uścisk ręki prezesa :D
O 9:00 mieliśmy śniadanie z honorami. Prześlicznie udekorowany stół - dzikim winem i dzikimi różami - pięknie! i do tego pieczone jabłko :) po takim okresie na 200 kcal, nie dałam prawie rady zjeść tego jabłka! Przed konsumpcją - ulubione słowo naszego kucharza, o którym na koniec, bo to persona której pominąć nie można (nie tylko ze względu na gabaryty - słuszne, jak na kucharza przystało, ale i na koloryt lokalny, że tak powiem), zatem przed wspomniana konsumpcją, przyszli do nas pan Wojtek i szef całego gołubieńskiego ośrodka, wręczyć nam dyplomy, kobiety ucałować, a mężczyznom prawicę uścisnąć, jakoż się przyjęło. Śmiesznie, ale z drugiej strony miło. W ogóle dziś cały dzień mieliśmy dobre jedzenie w naprawdę uroczej aranżacji i stołu i samych talerzy, że się tak wyrażę - wszystko w kwiatach i kolorowo.
Pan Jan - jeden z naszych współkonsumujących, napisał wiersz z okazji zakończenia postu :) przytaczam:

POEMAT WARZYWNO-OWOCOWY

Post na płynach odbyliśmy,
dyplom otrzymaliśmy.
Wszyscy dzielnie się trzymali
po kątach nie podjadali.
Aby na koniec Was zabawić,
pozwolę sobie nas przedstawić:
Zosia nasza monarchini,
Marii Callas następczyni. (to o rocznej Zosi)
Jej Tata prawnik znakomity,
pogromca złoczyńców niespożyty.
I przemiła jego Żona,
do komputera podłączona.
Genio postać niebylejaka,
co następcą jest Fibaka.
Basia chce zrzucić to i owo,
choć na figurę posągową.
Zosia to moja jest krajanka,
z Ursynowa Warszawianka
.
Marta stale uśmiechnięta,
na tych soczkach wniebowzięta.
I Patrycja z wisiorkami,
na zmianę z warkoczykami.
I Agnieszka wdzięczna śmieszka,
co obok na kwaterze mieszka.
Monika w słowach powściągliwa,
ciekawe myśli w sobie skrywa.
Aldona ezoteryczka,
nauk tajemnych zwolenniczka.
Piękna dama aż z Hellady,
w Gołubiu szuka dobrej rady,
co zrobić, by nie chorować
i jak zdrowie swe zachować.
Leszek na płynach debiutuje
i z nami się dobrze czuje.
I ja, Jan, senior w zacnym gronie,
lecz nie wlokę się w ogonie.
Wszyscy tutaj się zżyliśmy
i razem się wspieraliśmy.
Wojtek to zorganizował
i nami sie opiekował.
Za to mu podziękujemy

i wielkie brawa mu dajemy!!!


Jan Makowski, Golubie, 5 sierpnia 2009

Prawda, że miły akcent?
A słowo wyjaśnienia o wspomnianej w wierszy pani Aldonie, o której chyba nie miałam okazji Wam opowiedzieć albo chciałam, ale zapomniałam. TO JEST KOMPLETNA ŚWIRUSKA!!! Nie wiem, ile może mieć lat, ale na pewno pokolenie moich Rodziców. Pewnego dnia przyniosła nam na śniadanie misę tybetańską i kadzidła i stwierdziła, że ona nam teraz zagra, żebyśmy się uspokoili i lepiej oczyścili!! no święci Pańscy!! I grała, tfu! grała, waliła w tę misę przez całe śniadanie, wniebowzięta, że może nam tak pomóc! Na szczęście od kadzideł ją odwiedliśmy ;)
I jeszcze kiedyś wyprorokowała, że jeśli Zosia (ta mała, roczna dziewuszka) zacznie mówić przed 2 rokiem życia, tzn., że ma kontakt ze swoimi przeszłymi wcieleniami :D po prostu Meksyk :)))
No, to tyle o śniadaniu :)

Po śniadaniu fitness - dzisiaj jakoś wyjątkowo spokojne rozciąganie - do "Nothing else matter" na chorałową modłę (choć, jak mnie uczono, chorał gregoriański to nie chorał gregoriański, tylko monodia chorałowa, zatem - nie mylić: chorałowy od monodii ;))- śmiesznie trochę, ale nie mniej męcząco.

Potem chwilka zaledwie przerwy jakiejś i obiad w moim przypadku, bo godziny posiłków jeszcze dziś miałam "stare", czyli 9:00, 12:00, 14:00 i 17:30. Na obiad dostaliśmy zupę z... ZIEMNIAKAMI!!! no po prostu taki czad, że szok :)))) pycha :) Proszę - wystarczy tydzień postu, żeby się człowiek jarał (że się tak wyrażę) ziemniakami ;) ale naprawdę to była ekstra opcja. Dostaliśmy też mielone siemie lniane do posypania - ja tam bardzo lubię - smakuje orzechami, także z zupą z ziemniakami komponowało się genialnie.

Ogólnie, przyznać trzeba, że ten odcinek, dzień 12, będzie bardzo mocno opanowany przez temat: jedzenie :)

o 14:00 miałam kolejny smakowity elemencik, a mianowicie - sałatkę owocową, w której znalazły się: jabłko, winogrono ciemne i zielone, wiśnie, czereśnie, borówka amerykańska, kiwi, pomarańcza i mandarynka - r e w e l a c j a :)

Po obiedzie poszłyśmy z Elą dookoła jeziora - każda w swoim tempie - ja szybko, Młoda - jak stwierdziła - relaksacyjnie. Zmęczyłam się, jak dziki osioł, ale miałam wielka potrzebę spalenia tych ziemniaków i owoców - jednak, jak człowiek przez tydzień nie je, to choćby posiłek był najlżejszy, będzie się czuło dyskomfort. Nadal go czuję niestety. Psychicznie, nie fizycznie.

Jak wróciłam, spałam prawie do kolacji.

Kolacja była, hmm, zbliżona do tego, co czeka nas jutro, czyli barszczowo-warzywna, ale ok.

A po kolacji było... spotkanie z naszym kucharzem połączone z degustacją. Oczywiście przyszły dzikie tłumy, bynajmniej nie na wykład pana Marka, tylko na - ciasteczko, chlebek z oliwą czosnkową i pasztet z cieciorki. Niestety mnie nie wolno było jeszcze jeść, więc w sumie żałowałam, że poszłam. Po pierwsze: już to kiedyś słyszałam, a po drugie... oto kilka przykładów, jak mówi pan kucharz: "kełki, kełkować", "wszystke", "pisze, pisało" (to nagminne), "te oleje bedziemy zakupować", "powstawają wolne rodniki", "glutamjan sodu" (zamiast glutaminiam), "podprawić czosnkem", "czas nam się skróca", "siemienie lnu", "ziarno odtłuszczone pozbyte jest tych dobrych tłuszczy", "jak najwęcej kełek dodawać do potrawy". Do tego nalezy jeszcze dodać fakt, że wyraża się trzy razy wolniej, niż ja myślę, mówię, działam, czy cokolwiek i wygląda, jak Pavarotti, jeśli chodzi o obwód talii. No po prostu męczarnia!
Niemniej jednak - ludzie się najedli. Good 4 them!

A teraz jeszcze jadłospis z trzech dni:

ŚNIADANIE poniedziałek:
  • sok z marchwi, zakwas z buraków
  • surówka: cukinia, truskawka
  • surówka: pomidor, sałata, cebula
  • gotowany seler
  • 1/2 grapefruita
OBIAD poniedziałek:
  • jabłko
  • surówka: burak, por, kminek
  • surówka: ogórek świeży, cebula
  • gołąbki jarskie ze szpinakiem (którego, jak mówi Ela, nie było ;))
  • zupa pomidorowa
KOLACJA poniedziałek:
  • sok owocowy
  • surówka: sałata, papryka, szczypiorek
  • surówka: biała rzodkiem, marchew, jabłko
  • gotowana kapusta czerwona
  • surowa marchew
ŚNIADANIE wtorek:
  • sok z marchwi, zakwas z buraków
  • surówka: kapusta pekińska, pomarańcza
  • surówka: sałata, pomidor, cebula, kalarepa tarta
  • gotowana marchew
  • 1/2 grapefruita
OBIAD wtorek:
  • sałatka z owoców suszonych
  • surówka: rzodkiewka, szczypiorek
  • surówka: ogórek kiszony, papryka
  • gotowane mieszane warzywa
  • zupa ogórkowa (która była cebulowa, wg Eli)
KOLACJA wtorek:
  • sok wielowarzywny
  • surówka: marchew, chrzan, szczypiorek
  • surówka: kapusta biała, cebula
  • bigos z kapusty kiszonej
  • kalarepa surowa
ŚNIADANIE środa:
  • sok z marchwi, zakwas z buraków
  • surówka: biała rzodkiew, wiśnia
  • surówka: sałata, ogórek kiszony, cebula biała
  • cukinia parzona
  • owoc: czereśnie
OBIAD środa:
  • sałatka owocowa
  • surówka: kapusta biała, marchew
  • gotowany kalafior
  • zupa jarzynowa
KOLACJA środa:
  • sok grapefruitowy
  • surówka: kabaczek, marchew
  • surówka: rzodkiewka, papryka żółta
  • gotowany brokuł
  • dodatek: pomidor, szczypiorek

No to tyle na dziś, finis coronat opus! Do jutra!