Mam problem. Strasznie ciężko pisać o czymś, co już było dwukrotnie, w sposób innowacyjny, zaskakujący...ba! zwyczajnie ciekawy... A tak trochę ma się sprawa z Gołubiem tegorocznym. Wy już wszystko wiecie! A tutaj naprawdę nie dzieje się nic nowego... Pokazują te same tarki, robią te same testy, gotują te same warzywa...
No, ale chociaż dla jadłospisu ten wpis zrobię.
Rozpoczynam od początku, jak Pan Bóg (umowny) przykazał :)
Po pierwsze: zaspałam na gimnastykę!! Wstyd i hańba! Ale czułam się tak słabo, że nie dałam rady wstać :/ Niezbyt to przyjemne, ale myślę, że miałam strasznie niskie ciśnienie (mój rekord 80/40, więc chyba musiałam być blisko tego wyniku). Wstałam dopiero na śniadanie. O tym, co jedliśmy - na koniec tym razem.
Po śniadaniu poszłam na...masaż. O Jezusie i wszyscy święci!! Myślałam, że umrę z powodu łaskotek i...bólu. Czy Wy wiecie, jak to boli?? Ja już wiem... Bardzo. A dlaczego? Otóż już wiem - mam pospinane absolutnie wszystkie mięśnie - o istnieniu niektórych nawet nie wiedziałam. Nie jest to dobra wiadomość, ale dzięki niej wiem, że dobrze zrobiłam zapisując się na takie masaże. Pan masażysta jest bardzo sympatyczny - fajny gośc, podróżnik, wygadany taki i nie miał nic przeciwko temu, że się wierciłam niemiłosiernie i śmiałam przez 40 min. Śmiał się tylko, że nie ma nic przeciwko temu, kiedy ludzie mówią do niego "Jezu", "Boże", itd., ale kiedy już mówią "matko", jest w tym coś niepokojącego :))) (nie mówiąc już o "Matko Boska" czy "Matko Święta" ;) ). Przeżyłam ten masaż i mam nadzieję, że następne będą łagodniejsze - pan powiedział, że lepiej będzie wziąć więcej łagodnych, niż 5 takim max. Tak więc zrobiłam, co skutkuje tym, że będą dusić moje biedne mięśnie do czwartku przyszłego.
Potem fitness z piłkami - mięśnie mnie bolały trochę po wczoraj, ale jakoś przećwiczyłam te 45 min.
Potem rozmowy telefoniczne z ginącym zasięgiem, zatem przerywane - makabra, ale dobrze, że chociaż gdzieś jest jedna kreska... A ja tak tęsknię za Moim Kochaniem i nawet pogadać nie mogę... tzn. czasem się udaje, ale to denerwujące, że nie można się przesunąć centymetr w prawo czy w lewo, bo można zgubić sieć...
Ok, dość frustracji - dobrze, że mam szybki internet w pokoju :)
Potem obiadek z faszerowaną papryką - patrz: koniec maila.
Po obiedzie prezentacja tarek - nie poszłam, bo już nawet te tarki mam ;)
Ale za to mam nowego kolegę - Wiktora. Lat: całe 3 :) Zdaje się, że nie tylko staż potwierdził to, że dzieci mnie lubią ;) Wiktor jest fajny bardzo - bawiliśmy się w piasku, szukaliśmy małego kota i usiłowaliśmy wytłumaczyć sobie, że LIŚCIE poziomek nie nadają się do jedzenia :) Jego rodzice się strasznie zdziwili, że Wiktor podał mi swoje imię i nie chce mnie puścić do domu :) Coś jednak te dzieci we mnie lubię - i ze wzajemnością :)
Btw, mam jeszcze trochę starszą od Wiktora (jakieś 5 lat) podopieczną - Wiktorię (żeby było śmieszniej :) ). A miałam się już nie zajmować dziećmi...
Tak więc - pobawiłam się chwilę i miejsce zabawy zajęło opalanie (przez chwilę, bo się za ciepło zrobiło) i czytanie książki. W tzw. międzyczasie zapisałam się jeszcze raz na testy na nietolerancje pokarmowe - kurczę, może wyjdzie to samo, ale chcę sprawdzić...
Kolacja była dobra :) a po kolacji - zabawa z maluchami - budowaliśmy zamek z piasku, pod którym zamieszkały dwa smoki - Irys i Wiktor (3-latki mają tendencję do nadawania wszystkiemu własnego imienia) - nie doszliśmy do porozumienia, czy to przyjazne smoki, czy ziejące ogniem potwory, ale faktem jest, że zamieszkały :)
A potem wróciłam do pokoju/domku, posiedziałam na facebooku, robiąc najidiotyczniejsze testy świata, wykąpałam się i piszę :)
No dobrze, tyle na dzień dzisiejszy - naprawdę mam nadzieję, że jutro coś się wydarzy, co jak nie to zwariuję albo... nie napiszę ;)
Poniżej jeszcze jadłospis dzisiejszy:
ŚNIADANIE:
- zielony sok
- zakwas z buraków
- surówka: biała rzepa, sałata, papryka
- surówka: ogórek świeży, szczypiorek
- gotowana biała kapusta (bleeee!!)
- mandarynka
OBIAD:
- 1/2 kiwi
- surówka: kalafior, ogórek kiszony
- surówka: kabaczek, jabłko (bardzo dobre)
- gotowane: faszerowana papryka (dobre)
- zupa: kapuśniak (dobry)
KOLACJA:
- sok pomidorowy
- surówka: kalarepa, rzodkiewka
- surówka: sałata, ogórek, pomidor, cebula
- jabłko pieczone (pyyyycha!! największa pycha w całej gołubieńskiej diecie)
- surowa marchewka
Do jutra! (mam nadzieję)
p.s. synoptycy w sumie mieli rację :)
wtorek, 20 lipca 2010
poniedziałek, 19 lipca 2010
Пусть всегда будет солнце! czyli Gołubie 2010, dzień 2
Dzisiejszy odcinek będzie krótki (chyba, że wyjdzie mi inaczej:) ).
Po pierwsze i najważniejsze: wyszło słońce!! nie jest jeszcze oszałamiająco gorąco (w ogóle nie jest gorąco, chyba że jakimś cudem dłużej przygrzeje), ale to dobra prognoza :) Ja osobiście strasznie nie lubię szarugi, braku słońca i temperatury koło 20 stopni. Po prostu jest mi zimno. I już. Dziś pewnie nie było wiele więcej - wg danych na "plaży", która tak naprawdę jest większym trawnikiem, tyle że graniczącym z jeziorem, więc szumnie zyskał sobie ów trawnik miano plaży, temperatura powietrza wynosiła 22 stopnie, a wody... 25! Ale ja i kąpiel w takich warunkach to raczej mocno antynomiczne pojęcia :)
Zatem - wyszło słońce i niech już zawsze będzie (cóż za zgrabne nawiązanie do tytułu, nieprawdaż? ;))) ). Podobno prognozy są takie, że... no dobre są po prostu :) Będę na bieżąco donosić o ich sprawdzalności - bez obaw.
Dziś rozpoczął się właściwy gołubieński "reżim" - 8:00 gimnastyka w lesie (takie rozciąganie bardziej, niż męczarnia), potem o 9:00 - śniadanie -> program śniadania:
- sok marchwiowo-jabłkowy
- zakwas z buraków
- surówka: kapusta biała, pomidor
- surówka: buraki, cebula, chrzan (dobre)
- gotowany seler z sosem pomidorowym (bez sosu ;) - może zapomnieli...)
- 1/2 grejpfruta
Po śniadaniu fitness (o 10:45) - nowa pani prowadzi - fajnie bardzo, chociaż, jak człowiek nierozćwiczony (co z tego, że rozciągnięty, kiedy mięśni brak ;) ), to dość konkretny wycisk :) Jak zwykle, przeżyłam - może coś tam mnie jutro poboli (te mięśnie prawie-nieistniejące mam na myśli), ale dam radę -> taki mam plan :)
Potem chwila lenistwa nad jeziorem (załapałyśmy się na moment ze słońcem) i obiad. Czyli: schemat w pełni - nudy na pudy...
A na obiad były następujące "frykasy":
- czereśnie (no to było pycha!)
- surówka: ogórek kiszony, cebula
- surówka: kalarepa, jabłko
- kabaczek parzony (całkiem niezły)
- zupa jarzynowa (he he, a to zaskoczenie;) )
Po obiedzie - lenistwo na tarasie - super słońce, lekturka, opalanie mimowolne :)
Potem - wykład dr Dąbrowskiej - jak zwykle spóźniona i jak zwykle dłużej, niż powinno być ;), ale i tak ciekawie -> jak ona opowiada o tej diecie, człowiek jest w stanie uwierzyć we wszystko i absolutnie zanegować medycynę konwencjonalną. Hola! Bez przesady. Ja wierzę w jej metody i trafia do mnie to, co mówi, ale to nie jest prawda, że medycyna tradycyjna niczego nie potrafi wyleczyć i wszystko trafia w ostateczności do niej. Oczywiście, że ma ogromne zasługi i świetne wyniki, ale nie dajmy się zwariować :)
Niemniej jednak, wykład był ciekawy. Nie obyło się co prawda bez wtrętów o in vitro, którego pani doktor, ściśle współpracująca z radiem ojca dyrektora, nie akceptuje zupełnie, ale ogólnie naprawdę dobrze się jej słucha.
Zaraz po wykładzie kolacja -> repertuar kuchenno-kolacyjny poniżej:
- sok pomidorowy
- marchewka z jabłkiem (pyyyycha!!)
- kiszona kapusta, cebula
- rzodkiewki
- gotowana brukselka ze szpinakiem (bleeeee - nie do ruszenia dla mnie)
A teraz siedzę sobie i piszę, patrząc jednym okiem w tv, w którym jest tylko program pierwszy, ale i tak jest to swoiste novum, bo ja telewizora nie mam :)
A! Zapomniałabym - zapisałam się na serię masaży odtoksyczniająco-odchudzających pięciu i...obawiam się, że umrę na łaskotki :D Będę donosić, jak było (jeśli... no wiecie... ;) ).
Dołączam jeszcze na koniec fotkę najbardziej uroczych mieszkańców Waldtouru:)
Po pierwsze i najważniejsze: wyszło słońce!! nie jest jeszcze oszałamiająco gorąco (w ogóle nie jest gorąco, chyba że jakimś cudem dłużej przygrzeje), ale to dobra prognoza :) Ja osobiście strasznie nie lubię szarugi, braku słońca i temperatury koło 20 stopni. Po prostu jest mi zimno. I już. Dziś pewnie nie było wiele więcej - wg danych na "plaży", która tak naprawdę jest większym trawnikiem, tyle że graniczącym z jeziorem, więc szumnie zyskał sobie ów trawnik miano plaży, temperatura powietrza wynosiła 22 stopnie, a wody... 25! Ale ja i kąpiel w takich warunkach to raczej mocno antynomiczne pojęcia :)
Zatem - wyszło słońce i niech już zawsze będzie (cóż za zgrabne nawiązanie do tytułu, nieprawdaż? ;))) ). Podobno prognozy są takie, że... no dobre są po prostu :) Będę na bieżąco donosić o ich sprawdzalności - bez obaw.
Dziś rozpoczął się właściwy gołubieński "reżim" - 8:00 gimnastyka w lesie (takie rozciąganie bardziej, niż męczarnia), potem o 9:00 - śniadanie -> program śniadania:
- sok marchwiowo-jabłkowy
- zakwas z buraków
- surówka: kapusta biała, pomidor
- surówka: buraki, cebula, chrzan (dobre)
- gotowany seler z sosem pomidorowym (bez sosu ;) - może zapomnieli...)
- 1/2 grejpfruta
Po śniadaniu fitness (o 10:45) - nowa pani prowadzi - fajnie bardzo, chociaż, jak człowiek nierozćwiczony (co z tego, że rozciągnięty, kiedy mięśni brak ;) ), to dość konkretny wycisk :) Jak zwykle, przeżyłam - może coś tam mnie jutro poboli (te mięśnie prawie-nieistniejące mam na myśli), ale dam radę -> taki mam plan :)
Potem chwila lenistwa nad jeziorem (załapałyśmy się na moment ze słońcem) i obiad. Czyli: schemat w pełni - nudy na pudy...
A na obiad były następujące "frykasy":
- czereśnie (no to było pycha!)
- surówka: ogórek kiszony, cebula
- surówka: kalarepa, jabłko
- kabaczek parzony (całkiem niezły)
- zupa jarzynowa (he he, a to zaskoczenie;) )
Po obiedzie - lenistwo na tarasie - super słońce, lekturka, opalanie mimowolne :)
Potem - wykład dr Dąbrowskiej - jak zwykle spóźniona i jak zwykle dłużej, niż powinno być ;), ale i tak ciekawie -> jak ona opowiada o tej diecie, człowiek jest w stanie uwierzyć we wszystko i absolutnie zanegować medycynę konwencjonalną. Hola! Bez przesady. Ja wierzę w jej metody i trafia do mnie to, co mówi, ale to nie jest prawda, że medycyna tradycyjna niczego nie potrafi wyleczyć i wszystko trafia w ostateczności do niej. Oczywiście, że ma ogromne zasługi i świetne wyniki, ale nie dajmy się zwariować :)
Niemniej jednak, wykład był ciekawy. Nie obyło się co prawda bez wtrętów o in vitro, którego pani doktor, ściśle współpracująca z radiem ojca dyrektora, nie akceptuje zupełnie, ale ogólnie naprawdę dobrze się jej słucha.
Zaraz po wykładzie kolacja -> repertuar kuchenno-kolacyjny poniżej:
- sok pomidorowy
- marchewka z jabłkiem (pyyyycha!!)
- kiszona kapusta, cebula
- rzodkiewki
- gotowana brukselka ze szpinakiem (bleeeee - nie do ruszenia dla mnie)
A teraz siedzę sobie i piszę, patrząc jednym okiem w tv, w którym jest tylko program pierwszy, ale i tak jest to swoiste novum, bo ja telewizora nie mam :)
A! Zapomniałabym - zapisałam się na serię masaży odtoksyczniająco-odchudzających pięciu i...obawiam się, że umrę na łaskotki :D Będę donosić, jak było (jeśli... no wiecie... ;) ).
Dołączam jeszcze na koniec fotkę najbardziej uroczych mieszkańców Waldtouru:)
...i wcale mi krótko nie wyszło ;)
Take care, Ludki!!
niedziela, 18 lipca 2010
Szybki update, Gołubie 2010, dzień 1
Jadłospisy dwa:
OBIAD:
- sałatka owocowa (wyjątkowy rarytas!)
- surówka z białej rzodkwi i ogórka kiszonego
- pomidory z cebulą
- gotowana kiszona kapusta z brokułami
- zupa cebulowa
KOLACJA:
- sok grejpfrutowy
- marchewka
- ogórki małosolne z cebulą
- papryka z kapustą pekińską
- modra kapusta z suszonymi morelami (tutaj to się nazywa bigos ;)) ).
to tyle na dziś :)
Do jutra!
OBIAD:
- sałatka owocowa (wyjątkowy rarytas!)
- surówka z białej rzodkwi i ogórka kiszonego
- pomidory z cebulą
- gotowana kiszona kapusta z brokułami
- zupa cebulowa
KOLACJA:
- sok grejpfrutowy
- marchewka
- ogórki małosolne z cebulą
- papryka z kapustą pekińską
- modra kapusta z suszonymi morelami (tutaj to się nazywa bigos ;)) ).
to tyle na dziś :)
Do jutra!
Inicjacja z doświadczeniem w tle czyli Gołubie 2010, dzień 1
Witajcie!
Jedni jeżdżą do Hiszpanii, inni zwiedzają piękne zamki południowej Francji, niektórzy wybierają chłodniejsze rejony Północnej Europy, jeszcze inni - Mazury, góry, morze czy włóczęgi po Bieszczadach. A ja? No tak - dziwaczka - wracam po raz kolejny, żeby głodować, ćwiczyć i słuchać wykładów o zdrowym żywieniu. Cóż, każdy ma swoje...hobby ;) A tak poważnie, to w tym roku już było mi ciężko tu przyjechać zamiast wybrać się z Kochanym Mężczyzną na włóczęgę po...hmm, Toskanii np :)
Jednak względy zdrowotne przeważyły. Bo wierzcie lub nie, mnie ta dieta naprawdę leczy z alergii i innych takich średnio sympatycznych, a już na pewno uciążliwych, dolegliwości.
Zatem jestem, ale zanim o samym Gołubiu, muszę napisać trzy słowa o stanie polskich dróg i naszej podróży DO.
Niestety tak się stało, że nie mogłyśmy pojechać w piątek do Konina, przenocować i w sobotę pokonać pozostałej drogi, ponieważ koleżanki, z którymi tu przyjechałam nie dostały urlopu. Zatem czekała nas przeprawa - 700 km na raz w ponadtrzydziestopięciostopniowym upale! Postanowiłyśmy wyjechać o 6.30 rano, żeby spokojnie zdążyć na kolację w Gołubiu, która rozpoczynała się o 17.30 (oczywiście z przerwami na kawę i obiad po drodze - ostatnie chwile żywieniowej wolności ;)) ). Jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy. Do Łodzi jechałyśmy 2.5 h (no dobrze, przyznaję, jechałam dość dynamicznie ;), ale bezpiecznie!). Ten wynik zachęcił nas do snucia nierealnych, jak się potem okazało, planów dotarcia jeszcze na obiad (na 14). Za Łodzią było jeszcze ok, więc korzystałyśmy. Straszono nas przede wszystkim Włocławkiem, że niby takie przewężenia itd. Dotarłyśmy do tej rzekomej przeszkody i...przejechałyśmy bez zatrzymania prawie. Zachęcone jeszcze bardziej, dodałyśmy gazu i... jeszcze szybciej zahamowałyśmy. Korek. Pierwszy z... ech, ale o tym później. Stoimy. Nic się nie dzieje. Temperatura na termometrze samochodowym - 36 stopni. Zero wiatru. Po 30 min ruszyłyśmy - okazało się, że był ruch wahadłowy z okazji remontów. Jedziemy, uwolnione z więzów upału (a! bo mój samochód, choć cudowny, NIE MA KLIMATYZACJI!). Jedziemy, jedziemy.... 3 km.... STOP! Kolejne 30 min stania. Temp. 38 stopni... Ledwo żyjemy... I tak jeszcze 3 razy.... Ruch wahadłowy! Żeby szlag trafił cały ruch wahadłowy świata!! i to jeszcze w takich tropikalnych upałach - no, żeby one były tropikalne, to chociaż wilgotno by było... W najcieplejszym momencie mój termometr wskazał 41 stopni C i niewiele brakowało, żebym się załamała zupełnie. Na szczęście miałam poczucie misji, że muszę dowieźć te dwie delikwentki (i siebie) na wieczór do Gołubia, więc jakoś dałyśmy radę.
Kiedy już przebiłyśmy się przez niehumanitarne formy prowadzenia robót udoskonalających nawierzchnię, czekała na nas niespodzianka z serii "stop-na-nie-wiadomo-ile" w Toruniu. Czy kiedykolwiek przejeżdżaliście przez Toruń drogą na Gdańsk? Jeśli nie, nie wiecie, co tracicie! Wąziusieńka droga jednopasmowa przez Stare Miasto - cuuudny pomysł! Krajowa 1 !!! Ech... ale trzeba przyznać, że widok na Toruń przepiękny :)
No więc w mieście piernikowym straciłyśmy kolejne 1.5 h chyba... A gps, który nawiasem mówiąc, zwariował z gorąca i pokazywał bzdury, zanim tak się stało, uparcie twierdził, że przed nami jeszcze 280 hm :/
Daleko nam było do poczucia szczęśliwości... Niemniej jednak, jak opuściłyśmy Toruń, jakoś się jechało, z mniejszymi lub większymi przewężeniami i zatrzymaniami. Temp. nadal 36-37-38 st. MASAKRA. Mijałyśmy (nie łączcie tego określenia z prędkością, wiatrem we włosach, itd... nic z tych rzeczy) kolejne miasta i miasteczka, żeby wreszcie...trafić na objazdy do Kościerzyny!! Jeszcze to... (z Kościerzyny do Gołubia jedzie się 15 min, ale trzeba się do tej Kościerzyny dostać). Akurat wtedy średnio zależało nam na zwiedzaniu Wdzydz Kiszewskich i innych "oboczności" Szwajcarii Kaszubskiej...
Dojechałyśmy na 18... 11 i pół godziny podróży w 37.stopniowym upale... Dobry początek, nie ma co.
Ale.. na pocieszenie (chyba własne głównie) dodam, że mam tak świetną miejscówkę w tym roku, że wynagradza nieco trudy podróży:) Mieszkam (fuksem, bo coś się zwolniło) na terenie ośrodka w takim bliźniaku. Mam ogromny płaski tv, z którego nie korzystam, ale jest ;), własną łazienkę, taras (!) z widokiem na jezioro, meble, które udają dębowe (całkiem zmyślne) i 30 sekund na stołówkę :D Super, naprawdę!
Natomiast popsuła się tutaj pogoda - przypuszczam, że wielu z Was by to ucieszyło, ale mnie nie cieszy... Jest zimno i pada. Tzn. teraz już nie pada, ale jest zimno - pewnie z 21 stopni... Liczę na to, że synoptycy mieli rację i ciepełko powróci we wtorek:)
Zdjęcia dołączę, jak się zrobi ładnie, bo teraz to nic nie wygląda ładnie.
Zjadłyśmy już warzywną kolację i dziś śniadanie. Co było na śniadanie? Póki pamiętam:
- zielony sok z pszenicy, jabłka i czegoś tak jeszcze - pyszny!!
- zakwas z buraków - czyli standard
- surówka z rzodkiewki i sałaty - cholernie ostra
- surówka z kapusty pekińskiej z białą - no, dla nielubiącyh kapusty, do których się zaliczam, nie jest to wymarzone menu
- gotowana kalarepa ze szpinakiem (ale szpinak był niedobry, bo...na słodko!)
- nektarynka
Odezwę się wkrótce :)
Over.
Jedni jeżdżą do Hiszpanii, inni zwiedzają piękne zamki południowej Francji, niektórzy wybierają chłodniejsze rejony Północnej Europy, jeszcze inni - Mazury, góry, morze czy włóczęgi po Bieszczadach. A ja? No tak - dziwaczka - wracam po raz kolejny, żeby głodować, ćwiczyć i słuchać wykładów o zdrowym żywieniu. Cóż, każdy ma swoje...hobby ;) A tak poważnie, to w tym roku już było mi ciężko tu przyjechać zamiast wybrać się z Kochanym Mężczyzną na włóczęgę po...hmm, Toskanii np :)
Jednak względy zdrowotne przeważyły. Bo wierzcie lub nie, mnie ta dieta naprawdę leczy z alergii i innych takich średnio sympatycznych, a już na pewno uciążliwych, dolegliwości.
Zatem jestem, ale zanim o samym Gołubiu, muszę napisać trzy słowa o stanie polskich dróg i naszej podróży DO.
Niestety tak się stało, że nie mogłyśmy pojechać w piątek do Konina, przenocować i w sobotę pokonać pozostałej drogi, ponieważ koleżanki, z którymi tu przyjechałam nie dostały urlopu. Zatem czekała nas przeprawa - 700 km na raz w ponadtrzydziestopięciostopniowym upale! Postanowiłyśmy wyjechać o 6.30 rano, żeby spokojnie zdążyć na kolację w Gołubiu, która rozpoczynała się o 17.30 (oczywiście z przerwami na kawę i obiad po drodze - ostatnie chwile żywieniowej wolności ;)) ). Jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy. Do Łodzi jechałyśmy 2.5 h (no dobrze, przyznaję, jechałam dość dynamicznie ;), ale bezpiecznie!). Ten wynik zachęcił nas do snucia nierealnych, jak się potem okazało, planów dotarcia jeszcze na obiad (na 14). Za Łodzią było jeszcze ok, więc korzystałyśmy. Straszono nas przede wszystkim Włocławkiem, że niby takie przewężenia itd. Dotarłyśmy do tej rzekomej przeszkody i...przejechałyśmy bez zatrzymania prawie. Zachęcone jeszcze bardziej, dodałyśmy gazu i... jeszcze szybciej zahamowałyśmy. Korek. Pierwszy z... ech, ale o tym później. Stoimy. Nic się nie dzieje. Temperatura na termometrze samochodowym - 36 stopni. Zero wiatru. Po 30 min ruszyłyśmy - okazało się, że był ruch wahadłowy z okazji remontów. Jedziemy, uwolnione z więzów upału (a! bo mój samochód, choć cudowny, NIE MA KLIMATYZACJI!). Jedziemy, jedziemy.... 3 km.... STOP! Kolejne 30 min stania. Temp. 38 stopni... Ledwo żyjemy... I tak jeszcze 3 razy.... Ruch wahadłowy! Żeby szlag trafił cały ruch wahadłowy świata!! i to jeszcze w takich tropikalnych upałach - no, żeby one były tropikalne, to chociaż wilgotno by było... W najcieplejszym momencie mój termometr wskazał 41 stopni C i niewiele brakowało, żebym się załamała zupełnie. Na szczęście miałam poczucie misji, że muszę dowieźć te dwie delikwentki (i siebie) na wieczór do Gołubia, więc jakoś dałyśmy radę.
Kiedy już przebiłyśmy się przez niehumanitarne formy prowadzenia robót udoskonalających nawierzchnię, czekała na nas niespodzianka z serii "stop-na-nie-wiadomo-ile" w Toruniu. Czy kiedykolwiek przejeżdżaliście przez Toruń drogą na Gdańsk? Jeśli nie, nie wiecie, co tracicie! Wąziusieńka droga jednopasmowa przez Stare Miasto - cuuudny pomysł! Krajowa 1 !!! Ech... ale trzeba przyznać, że widok na Toruń przepiękny :)
No więc w mieście piernikowym straciłyśmy kolejne 1.5 h chyba... A gps, który nawiasem mówiąc, zwariował z gorąca i pokazywał bzdury, zanim tak się stało, uparcie twierdził, że przed nami jeszcze 280 hm :/
Daleko nam było do poczucia szczęśliwości... Niemniej jednak, jak opuściłyśmy Toruń, jakoś się jechało, z mniejszymi lub większymi przewężeniami i zatrzymaniami. Temp. nadal 36-37-38 st. MASAKRA. Mijałyśmy (nie łączcie tego określenia z prędkością, wiatrem we włosach, itd... nic z tych rzeczy) kolejne miasta i miasteczka, żeby wreszcie...trafić na objazdy do Kościerzyny!! Jeszcze to... (z Kościerzyny do Gołubia jedzie się 15 min, ale trzeba się do tej Kościerzyny dostać). Akurat wtedy średnio zależało nam na zwiedzaniu Wdzydz Kiszewskich i innych "oboczności" Szwajcarii Kaszubskiej...
Dojechałyśmy na 18... 11 i pół godziny podróży w 37.stopniowym upale... Dobry początek, nie ma co.
Ale.. na pocieszenie (chyba własne głównie) dodam, że mam tak świetną miejscówkę w tym roku, że wynagradza nieco trudy podróży:) Mieszkam (fuksem, bo coś się zwolniło) na terenie ośrodka w takim bliźniaku. Mam ogromny płaski tv, z którego nie korzystam, ale jest ;), własną łazienkę, taras (!) z widokiem na jezioro, meble, które udają dębowe (całkiem zmyślne) i 30 sekund na stołówkę :D Super, naprawdę!
Natomiast popsuła się tutaj pogoda - przypuszczam, że wielu z Was by to ucieszyło, ale mnie nie cieszy... Jest zimno i pada. Tzn. teraz już nie pada, ale jest zimno - pewnie z 21 stopni... Liczę na to, że synoptycy mieli rację i ciepełko powróci we wtorek:)
Zdjęcia dołączę, jak się zrobi ładnie, bo teraz to nic nie wygląda ładnie.
Zjadłyśmy już warzywną kolację i dziś śniadanie. Co było na śniadanie? Póki pamiętam:
- zielony sok z pszenicy, jabłka i czegoś tak jeszcze - pyszny!!
- zakwas z buraków - czyli standard
- surówka z rzodkiewki i sałaty - cholernie ostra
- surówka z kapusty pekińskiej z białą - no, dla nielubiącyh kapusty, do których się zaliczam, nie jest to wymarzone menu
- gotowana kalarepa ze szpinakiem (ale szpinak był niedobry, bo...na słodko!)
- nektarynka
Odezwę się wkrótce :)
Over.
środa, 23 czerwca 2010
Z serii (NIE)codzienność: Nabyłam...nieruchomość :)
tak!!! nabyłam - drogą kupna :)
Zawsze marzyłam o własnym domu... O domu, w którym pachnie miłością i chlebem, w którym na stole stoją kwiaty, a z głośników sączy się dyskretnie Monteverdi. O domu, który stanie się moją przystanią i ostoją. O miejscu, gdzie będą korzenie moje i mojej Rodziny przyszłej... O miejscu, w którym inni będą czuli spokój, znajdą potrzebną ciszę, ale i energię, jeśli tego właśnie będzie im brakować.
Szukałam zatem i szukałam... Długo, ale cierpliwie, bo sprawa miała, że się tak wyrażę, najwyższy priorytet, więc pośpiech nie był wskazany. Dużo mnie kosztowało, żeby nie przyśpieszać wydarzeń.
I w końcu znalazłam :)
Domek jest malutki, ale ma w sobie kawał historii ludzi, którzy tam mieszkali, czasów, które przetrwał... Zbudowano go dawno temu (naprawdę dawno! aż dziwne, że nie muszę się konsultować z jakimś konserwatorem :) ), więc miał czas na zbieranie doświadczeń. Dom jest drewniano-murowany, z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie, ot taka chatka Baby-Jagi, która przycupnęła na chwilę w cieniu starych drzew (chatka, nie Baba-Jaga oczywiście :)). W środku króluje drewno - bele na ścianie (jednej), belkowany, gdzieniegdzie cały drewniany, sufit, stary piec w kuchni. Dookoła ogród i piękny, stary, kamienny mur z jednej strony. W ogrodzie mięta, melisa, lawenda.... Prawie, jak Prowansja :)
Wprowadzam się jesienią późną dopiero, ale tyle czekałam, to poczekam jeszcze pół roku. Zresztą i tak wiecie to wszystko :)
I, zdaje się, że... zaświeciło słońce nad moją Drogą. Jasne i ciepłe :)
Tyle na teraz.
Dawno mnie tu nie było... znowu... Trochę odwykłam.
Może się poprawię :)
Zawsze marzyłam o własnym domu... O domu, w którym pachnie miłością i chlebem, w którym na stole stoją kwiaty, a z głośników sączy się dyskretnie Monteverdi. O domu, który stanie się moją przystanią i ostoją. O miejscu, gdzie będą korzenie moje i mojej Rodziny przyszłej... O miejscu, w którym inni będą czuli spokój, znajdą potrzebną ciszę, ale i energię, jeśli tego właśnie będzie im brakować.
Szukałam zatem i szukałam... Długo, ale cierpliwie, bo sprawa miała, że się tak wyrażę, najwyższy priorytet, więc pośpiech nie był wskazany. Dużo mnie kosztowało, żeby nie przyśpieszać wydarzeń.
I w końcu znalazłam :)
Domek jest malutki, ale ma w sobie kawał historii ludzi, którzy tam mieszkali, czasów, które przetrwał... Zbudowano go dawno temu (naprawdę dawno! aż dziwne, że nie muszę się konsultować z jakimś konserwatorem :) ), więc miał czas na zbieranie doświadczeń. Dom jest drewniano-murowany, z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie, ot taka chatka Baby-Jagi, która przycupnęła na chwilę w cieniu starych drzew (chatka, nie Baba-Jaga oczywiście :)). W środku króluje drewno - bele na ścianie (jednej), belkowany, gdzieniegdzie cały drewniany, sufit, stary piec w kuchni. Dookoła ogród i piękny, stary, kamienny mur z jednej strony. W ogrodzie mięta, melisa, lawenda.... Prawie, jak Prowansja :)
Wprowadzam się jesienią późną dopiero, ale tyle czekałam, to poczekam jeszcze pół roku. Zresztą i tak wiecie to wszystko :)
I, zdaje się, że... zaświeciło słońce nad moją Drogą. Jasne i ciepłe :)
Tyle na teraz.
Dawno mnie tu nie było... znowu... Trochę odwykłam.
Może się poprawię :)
wtorek, 29 grudnia 2009
Z serii "codzienność"... Powrót.
Nie lubię zmian. Tzn. w tej chwili nie lubię zmian. Krótkoterminowo ich nie lubię. Nie lubię momentu, w którym następują. Potem jest już ok.
Powrót jest w tym kontekście zmianą. Zmianą o tyle istotną, że zauważalną i na tyle nieprzyjemną, że za każdym razem inną, nową, nieprzewidywalną. A z drugiej strony przyjemną, bo to w końcu "urządzony po naszemu fragment świata" i zbratać się z nim tak czy tak, jak śpiewał pewien bard, trzeba... Pozwólcie, że ujmę to półkolokwialnie - co za durna ambiwalencja!
Nawiasem mówiąc, sama się dziwię, że to piszę, bo ja przecież lubię zmiany. Nawet bardzo. Lubię to, co nowe, ciekawe, nieprzewidywalne. Ale... są zakresy, dziedziny, miejsca w przestrzeni i czasie, w których nawet ja potrzebuję ciszy, spokoju, ładu i...niezmienności.
Dziś nie zmierzam się rozwodzić nad kwestiami egzystencjalnymi. Chociaż... może trochę jednak tak. W każdym razie nie kwestiami życia i śmierci.
A o co tak naprawdę chodzi?
Chodzi o zmianę stanu, miejsca, poczucia swoistego bezpieczeństwa. O adaptację, o której pisałam poprzednio. Jak już wiecie, byłam tydzień w domu. Okazało się, że to wystarczająco długi okres czasu, żeby się zaadaptować do nowych-starych warunków. Super, ale, kiedy już zaczynało być ok, normalnie, codziennie... CIACH! nastał czas p o w r o t u i cały porządek trzeba było zacząć budować od nowa. To takie małe zmagania z materią codzienności, ale czasem mi się po prostu nie chce.
Niemniej jednak wróciłam, oswoiłam rzeczywistość zastaną (nie było tak najgorzej) i oto jestem. Tym razem z Krakowa.
Nawiasem mówiąc - jak ludzie radzą sobie z wielkimi powrotami po naprawdę długiej nieobecności??
To nie dla mnie...
Dobranoc.
Powrót jest w tym kontekście zmianą. Zmianą o tyle istotną, że zauważalną i na tyle nieprzyjemną, że za każdym razem inną, nową, nieprzewidywalną. A z drugiej strony przyjemną, bo to w końcu "urządzony po naszemu fragment świata" i zbratać się z nim tak czy tak, jak śpiewał pewien bard, trzeba... Pozwólcie, że ujmę to półkolokwialnie - co za durna ambiwalencja!
Nawiasem mówiąc, sama się dziwię, że to piszę, bo ja przecież lubię zmiany. Nawet bardzo. Lubię to, co nowe, ciekawe, nieprzewidywalne. Ale... są zakresy, dziedziny, miejsca w przestrzeni i czasie, w których nawet ja potrzebuję ciszy, spokoju, ładu i...niezmienności.
Dziś nie zmierzam się rozwodzić nad kwestiami egzystencjalnymi. Chociaż... może trochę jednak tak. W każdym razie nie kwestiami życia i śmierci.
A o co tak naprawdę chodzi?
Chodzi o zmianę stanu, miejsca, poczucia swoistego bezpieczeństwa. O adaptację, o której pisałam poprzednio. Jak już wiecie, byłam tydzień w domu. Okazało się, że to wystarczająco długi okres czasu, żeby się zaadaptować do nowych-starych warunków. Super, ale, kiedy już zaczynało być ok, normalnie, codziennie... CIACH! nastał czas p o w r o t u i cały porządek trzeba było zacząć budować od nowa. To takie małe zmagania z materią codzienności, ale czasem mi się po prostu nie chce.
Niemniej jednak wróciłam, oswoiłam rzeczywistość zastaną (nie było tak najgorzej) i oto jestem. Tym razem z Krakowa.
Nawiasem mówiąc - jak ludzie radzą sobie z wielkimi powrotami po naprawdę długiej nieobecności??
To nie dla mnie...
Dobranoc.
niedziela, 27 grudnia 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)