środa, 26 stycznia 2011

Anons

Witajcie!

Informuję uprzejmie, że przenoszę się tutaj: http://lisieckaprzystan.blogspot.com/

Tego bloga nie likwiduję, ale nie będę uskuteczniać pisania żadnego dalszego.

Jeśli macie ochotę - zapraszam do Lisieckiej Przystani mojej :)


To pisałam ja - A.A.A.D.

wtorek, 21 września 2010

Refleksje jesienne i "fupty"...

Jestem zmęczona. Zmęczona tym, że nic się nie dzieje. Zmęczona nie-nie-robieniem. Zmęczona małymi, drażniącymi kłopotami. Zmęczona jakimś przygniatającym poczuciem nieprzydatności społecznej. Zmęczona tłumaczeniem się. Zmęczona brakiem energii. No, zmęczona po prostu. Bardzo. Moja głowa jest zmęczona. Mój wewnętrzny silnik się zatarł.


Z drugiej strony - jestem szczęśliwa, bo kocham. Jestem szczęśliwa, bo jestem kochana. Jestem szczęśliwa, bo budzę się obok ukochanego mężczyzny, który choć chrapie, jest najkochańszy na świecie. Jestem szczęśliwa, bo mam dom i w sumie niedaleką w czasie przeprowadzkę. Jestem szczęśliwa, bo lubię tańczyć. Jestem szczęśliwa, bo dostaje sygnały, że jestem dobrym pedagogiem i ktoś tęskni za lekcjami ze mną. Jestem szczęśliwa, bo moi przyjaciele, mówią "dobrze, że jesteś". Jestem szczęśliwa, bo mam świetną rodzinę, która wspiera niezależnie od humoru...


No i jak tu znaleźć równowagę ja się pytam??

Ani "full", ani "empty"... po prostu jakieś głupie "fupty"!


Taki wpis. Refleksyjny. Ot co.

wtorek, 27 lipca 2010

Pomieszanie z poplątaniem, czyli ogromniasty update leniwej kuracjuszki - Gołubie 2010, dni: 7,8,9

Kochani!

Wybaczcie lenistwo karygodne moje, ale.. tak się jakoś stało, że naprawdę nie miałam ochoty uzupełniać bloga... Nadal mam średnią, ale zdaje sobie sprawę, że niektórzy to czytają i może nawet z chęcią :)

Zacznę zatem od soboty, czyli dnia 7. (heh, powinna to być niedziela wg różnych prastarych źródeł ;) ).
Nie będę długo opisywać raczej, bo post z 3 dni zamęczyłby Was zupełnie, zatem z skrócie:

W sobotę pojechałyśmy na wycieczkę do Trójmiasta. Zorganizowaną przez Waldtour, jak Pan Bóg przykazał.
Po śniadaniu (gimnastykę w lesie zlekceważyłyśmy bezczelnie), wsiadłyśmy do busa z 8 innymi paniami - musielibyście zobaczyć te indywidua... ech, opis tu na nic ;) - i ruszyliśmy w drogę. Bus był mały, okna się nie otwierały, a pan przewodnik (skądinąd - DOSKONAŁY!) mówił z mikrofonem tak blisko przysuniętym do buzi, że tworzył przester uniemożliwiający zrozumienie tekstu (no, przynajmniej bardzo utrudniający) - to mnie trochę męczyło. W ogóle jestem już zdenerwowana trochę tym Gołubiem - zmęczona, znudzona i chcę do domu - ale to wtręt z ostatniej chwili ;)
No! Nieistotne na ten moment. W każdym razie pojechałyśmy. Najpierw miała być Gdańska Oliwa, potem Sopot, Gdynia (ale tylko z busa - nabrzeże głównie) i Gdańsk właściwy, że się tak wyrażę. W Oliwie to oczywiście kościół i organy sławne - tak, potwierdzam, brzmią fajnie, aniołki ruszają trąbami (wuwuzelami ;)), a wszystkie słoneczka możliwe się kręcą. A! są jeszcze dość upiorne postaci, dzwoniące dzwoneczkami (chciałam dodać filmik, ale chyba prościej będzie, jak Wam pokażę, bo to się ładuje nieskończoność całą...).

Wokół tego kościoła, są prześliczne ogrody, ale zaczęło padać, więc się stamtąd szybko zmyłyśmy.
Jeszcze tylko jedno zdjęcie - nie mogłam się powstrzymać :)

Aga i pływające nutki :)

Jedna z sierot (tzn. nie my oczywiście, tylko któraś przemądrzała stara baba) się oczywiście zgubiła i musieliśmy czekać. Jak ja tego nie lubię! Kurczę - jak się wie, że ma się problem z przestrzenią i zapamiętaniem drogi, to się nie oddala od grupy - nawet dzieci w podstawówce to wiedzą!!

Potem pojechaliśmy do Sopotu, jednak padało już na tyle obficie, że wizyta na molo nie miała najmniejszego sensu... Szkoda... bardzo chciałyśmy zobaczyć morze...

Potem Gdynia - też w deszczu. Ale Dar Pomorza nawet w deszczu jest piękny!

Kolejny punkt programu to już był Gdańsk. To miasto (tzn. starówka) jest po prostu przepiękne!!! Perła naprawdę! Prześlicznie odrestaurowane kamienice, smukłe, strzeliste, gotyckie. Mnóstwo średniowiecznych jeszcze elementów, a wszystko połączone subtelnie murem pruskim i czerwoną cegłą. Naprawdę - uczta dla oka :)

co tu dużo mówić - mur pruski, jak żywy ;)

Piraci w Gdańsku ;)




Autorką wszystkich zdjęć w dzisiejszym poście jest Aga Prażak :)   (ja jestem leń i nie chce mi się robić :))


Przewodnik mówił bardzo ciekawie o wszystkim, ale nie będę przytaczać, bo możecie sobie przeczytać w przewodniku ;)

Zwiedziłyśmy dwa muzea - Dom imć Uphagena (wnętrz mieszczańskich) i Muzeum Bursztynu, w którym była też wystawa o torturach, jakim w średniowieczu poddawano podejrzanych o różne przestępstwa - od oskarżenia o czary przez morderstwo aż do kradzieży kury (przyp. aut. :) ). Czad - te tortury podobały mi się najbardziej :))

Ostatnim punktem wycieczki był Kościół Mariacki. No trzeba przyznać, że robi wrażenie - przede wszystkim wielkością. Jest ogromny!! Wiedzieliście, że to największy murowany kościół na świecie??
No jest w każdym razie :) Jest też zupełnie pusty - białe ściany nadają mu jakąś taką ponadwymiarową potęgę, ale i czynią trochę mało realnym (i może też trochę mało przytulnym, choć ja nie miałam takiego wrażenia). Mieliśmy szczęście usłyszeć też organy mariackie, bo akurat trafiliśmy na ślub. Nawiasem mówiąc - w życiu nie wzięłabym ślubu w takim miejscu - PUBLICZNYM wręcz! ("in non-prostitute sense" cytując pewną amerykańską komedię romantyczną ;)) ).
Mnóstwo jest tam w każdym razie renesansowych perełek - a to ołtarz, a to tryptyk czy rzeźba... ech, super :)

Zanim zdążyliśmy wyjść z kościoła, rozpadało się tak okrutnie, że wyjść się.... nie dało. I bynajmniej nie dlatego, że nie mieliśmy parasoli czy peleryn, ale... wyjście z kościoła przecięła 2. metrowa rzeka!! RZEKA!! Rwąca w dodatku ;)) No, ale jednak musieliśmy przekroczyć ten Rubikon, bo przecież wycieczkowe kości zostały rzucone i trzeba było jakoś wrócić na kolację (cóż za prozaiczna przyczyna walki z żywiołem). Jakoś zatem poprzeskakiwaliśmy (no cóż - poza przewodnikiem byłyśmy jedynymi w miarę skocznymi istotami ;) ).

Na 18 wróciliśmy do ośrodka, dosłownie tonąc w ulewnym deszczu i błocie!

Niemniej jednak, wycieczkę uważamy za udaną :)

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Dzień 8

Dzień ósmy przywitał nas okropnym zimnem, deszczem, bólem gardła (to mnie) i takim sobie humorem z okazji braku słońca. Najgorsze jednak było zimno. Zatem: postanowiłyśmy wybrać się na zakupy odzieżowo-ciepłe. Jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy i pierwszym pośniadaniowym celem naszym, stała się Galeria Kościerska, wspomniana już we wcześniejszym poście.

Boże! Spędziłyśmy tam 3 godziny... Masakra jakaś. Ale kupiłyśmy wszystko, co było naprawdę potrzebne - buty, kurtki przeciwdeszczowe, bluzy, spodnie... No bo tak to się właśnie wybrałyśmy na wakacje - jak w tropiki ;) Zapomniałyśmy, że polskie lato, jak kobiety (podobno) - zmiennym jest.

Tak zaopatrzone, wróciłyśmy na obiad, po nim trochę poleniuchowałyśmy, bo w niedzielę nic się tu nie dzieje, a akurat padało i wieczoremm w związku z tym, że się zrobiła naprawdę ładna pogoda, poszłyśmy na spacer dookoła jeziora (choć raz!).
Kilka zdjęć na potwierdzenie ładnej pogody :)






O 20.00 był koncert absolwentów AMuz z Gdańska. Co roku jest. I co roku jest trochę inny skład. Tym razem nie było Joachima - pierwszego skrzypka - szkoda, bo on dobry jest, ale na szczęście byli: klarnecista i akordeonista, no i z nimi skrzypaczka, ale beznadziejna i to jeszcze miała źle nastrojone skrzypce (o milimetr co prawda, ale mi to przeszkadzało...). Grali bardzo dużo tanga i muzyki klezmerskiej, bo to akurat na taki skład. Dobrze, bo tej laski prawie nie było słychać, a chłopcy grali super!

Tak, że w sumie udany wieczór.

Jadłospisy później albo w innym poście (poście, he he ;) ).


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Dzień 9

No tak - dzień, jak co dzień poza niedzielą - gimnastyka leśna, śniadanie, fitness wewnątrz (dzięki Bogu ;) ), szaruga-ponuruga, paskuda jedna zaokienna... No i tak do obiadu. A nie! masaż jeszcze przed obiadem - fajnie :) A! czy ja już Wam pisałam, że pan masażysta - Arek Stępień jest też pisarzem i podróżnikiem? Chyba pisałam, ale wspominam o tym, bo chcę zaznaczyć, że nabyłam drogą kupna dwie książki tegoż autora i obie je dziś (tzn. wczoraj, bo dziś dzień 10) - przeczytałam za jednym zamachem! Doskonale się czyta - wszystkim chętnym mogę pożyczyć :) Już jest kolejka :)
Pierwsza, "Mnich", jest w dużej mierze o odkrywaniu siebie, sensu życia, bycia, życzeń... Piękna książka w przepięknej scenerii Himalajów. Oparta na doświadczeniach własnych autora. Rozmawiałam dziś z nim o tym - powiedział, że chciał, żeby ta książka była swoistym podsumowaniem 20 lat jego własnych poszukiwań... Naprawdę jest mądra i dobrze napisana. 
Druga z nich - "Motyle" - to książka o... umieraniu. Piękny obraz śmierci, oswajania się z nią, jako czymś nieuchronnym, koniecznym, ale nie ponurym, czarnym, złym, tylko naturalnym przejściem do innego stanu... do zjednoczenia z kosmosem, z wszechświatem. Podkreślam, że autor jest ateistą i, jak sam powiedział, najtrudniejsze było odsakralizowanie tematu, odłączenie wszelkich wartości i pojęć religijnych (np. Boga, Stwórcy). Książka to koronkowa ilustracja bycia i przemijania dzieci w hospicjum dziecięcym... Bardzo mądra, choć trudna.

Z niecierpliwością czekam na kolejną książkę tego autora.

Ale... wróćmy na ziemię.
Po obiedzie, o 16:05 (bo oczywiście się spóźniła) był wykład dr Dąbrowskiej o tym, co po diecie. W skrócie, bo już o tym pisałam pewnie rok temu i dwa lata temu (tyle że w mailingowej wersji): najlepiej stosować dietę rozdzielną (niegłupie!), jeść 5 razy dziennie owoce i warzywa surowe najlepiej - szczególnie warzywa są cenne, dodawać do wszystkiego olej lniany (to też fajne) i unikać rzeczy nietolerowanych. A! najlepiej też przerzucić się na wegetarianizm ;)) pani doktor jest wege i o mięsie nie wypowiada się ze szczególnym uwielbieniem ;)

No, to tyle, Kochani! Jesteście dzielni, jeśli dobrnęliście do końca :)

Wkrótce dzień 10 :)

Do zo, jak mawia młodzież ! ;))

piątek, 23 lipca 2010

Deszcze niespokojne i szlachecka oaza, czyli Gołubie 2010, dzień 5 i 6

Kochani,

Dziś szybki wpis podsumowujący dwa "upłynięte" dni :)

Po pierwsze - słowo wytłumaczenia: wpisu wczoraj zabrakło, ponieważ w całym ośrodku wysiadł internet. Pewnie ktoś przez przypadek wyłączył jakiś guziczek, ale konsekwencje były opłakane (chyba nawet jedną z nich był fakt, że stwierdziłam minimalne uzależnienie od internetu...- trzeba trochę powalczyć z tym, ale... tylko trochę ;) ). Inną konsekwencją jest też to, że nie do końca pamiętam, co się wczoraj działo... Niestety, dni tutaj mocno się ze sobą zlewają... Nie przepadam za monotonią, lecz staje się ona moim udziałem trochę... Jutro zamierzamy ją przełamać (już dziś nastąpiły nieśmiałe, acz jakże miłe próby), ale o tym później.
Najpierw o wczoraj...

Zatem - plan dnia identyczny, jak zawsze, więc już pisać nie będę.

Z ciekawszych elementów dnia - odbyły się zajęcia relaksacyjno-odprężające, na których... nie byłam, więc ciężko mi o nich pisać. Aga była i, szczerze mówiąc, jak usłyszałam, że po raz kolejny miałabym bawić się we "wszyscy, którzy..." ("brać trenerska" wie, o czym mówię), to się nawet ucieszyłam, że nie byłam. No :)

I jeszcze jeden element, który wydał nam się...hmmm... atrakcyjny w szarzyźnie i powtarzalności dnia codziennego tutaj, to nowy wykład (ani rok temu, ani wcześniej go nie było) pt " Odżywianie komórkowe i medycyna bioinformatyczna" (dr Galiny Markiewicz). Poszłyśmy pełne nadziei na nowe informacje. Jakież było nasze, bądź co bądź, rozczarowanie, kiedy okazało się, że... to kolejna reklama cud-specyfików ziołowych firmy takiej i takiej... Kurczę, wiecie, to trochę nie fair. Oczywiście, tutaj w Gołubiu zdarza się, że przyjeżdżają różni ludzie robić prezentacje - a to pościeli z merynosa (czy jak go tam), a to garnków (z serii "samo się robi, a ty w tym czasie możesz malować paznokcie"), tarek (notabene, naprawdę fajnych), serwetek kaszubskich w zawrotnych cenach, czy ratujących życie miodów i innych efektów pszczelej działalności. Ok, no są. I będą. Ale zawsze, powtarzam: ZAWSZE !!, jest wyraźna informacja o propogandowo-handlowym charakterze danego spotkania. A tutaj - nęcący, naukowy temat wykładu, wykładowca "zagramaniczny" (a co!) i takie chamstwo! No naprawdę - tak się nie robi. No!

A w ogóle było mega gorąco i super! Nawet się trochę opaliłam :)
Lubię, jak w wakacje jest słonecznie i ciepło :) Po prostu - od tego są wakacje :)

Ale jednak... upał dał się we znaki w mieście, do którego przed obiadem wybrałyśmy się z Anitą na zakupy. Pojechałyśmy do Kościerzyny (gps nie chciał się włączyć do ostatniej chwili... chyba nie lubi upałów...). Znalazłyśmy Kościerską Galerię Handlową, ale zanim ją znalazłyśmy, musiałyśmy się chwilę przespacerować. Rety, w mieście jest makabrycznie gorąco.... Zresztą, co ja Wam będę mówić! Jednak, jak się wyjeżdża znad jeziora, gdzie jest bryza od wody i w ogóle przewiew, świeże powietrze i naprawdę nie czuje się temperatury, różnicę przy wjeździe do miasta czuć niemal tak namacalnie, jak przy zmianie z klimatu umiarkowanego na pustynny suchy. Kościerzyna to jest piekło przy temp. powietrza w cieniu -  31 stopni. Wierzcie mi.
No nic, pojechałyśmy jednak. Jak wysiadłyśmy zażartowałam (choć nie wiem, czy ten żart nie był przypadkiem podświadomie sterowaną werbalizacją głębokiej potrzeby ducha i ciała), że zjadłabym loda i gofra. I wyobraźcie sobie, że ten paskudny, przewrotny los w tej samej niemal chwili, postanowił umieścić dokładnie przed moimi oczami okienko, nad którym triumfalnie powiewał diabelski napis "Lody i Gofry"!! aaaaaaaaaaaaaaaaa!!! to była strrrraszna tortura!
Na pocieszenie kupiłyśmy sobie jabłka we wspomnianej galerii :) Nie macie pojęcia, jak takie jabłko może pocieszyć :))

No dobrze, to tyle z czwartku :)

Jeszcze tylko jadłospis:

ŚNIADANIE:
- sok zielony albo z marchwi - nie pamiętam
- zakwas z buraków
- surówka: kapusta pekińska, rzodkiewka, szczypiorek
- surówka: cukinia, jabłko
- gotowana biała rzodkiew -> wyjątkowe świństwo!
- jabłko

OBIAD:
- czereśnie (o tak!)
- surówka: pomidory z cebulą
- surówka: brokuł, ogórek kiszony
- gotowane: brukselka (a kysz!) z kapustą kiszoną
- zupa pomidorowa (cuuudownie pyszna!!!)

KOLACJA:
- sok owocowy
- surówka: kapusta, marchew, cytryna
- surówka: papryka, cebula
- mus owocowy (coś pysznego, choć nieprawdopodobnie słodkiego, z goździkami)
- gotowana kalarepa (no to już koło pyszności nawet nie stało)

.........................................................................................................................................................

No i nastał piątek, czyli jeszcze dziś :)

Przede wszystkim należy nadmienić (he he), że w nocy...padało, co wpłynęło na RADYKALNE obniżenie temperatury, a co za tym idzie - mojego nastroju.
Mam lekką ochotę powybijać połowę ludzkości. Ja po prostu muszę mieć słońce (albo Ukochanego koło siebie - ale tutaj Damiana nie ma, więc powtarzam: MUSZĘ MIEĆ SŁOŃCE!!). A słońca niet. Kompletnie. Zero. Nul. Nada....
Pada/leje/kropi zaledwie... I tak w kółko, z przerwami na niepadanie.
Reżim taki sam. Gimnastyka w lesie w lekko dżdżystym klimacie z obserwującymi nas zza krzaków przemykającymi się harcerzami (niedaleko naszego punktu docelowo-ćwiczeniowego mają swój obóz) - no czyż nie marzycie o takim pięknym początku dnia?? K a ż d e g o dnia? ;)

Potem śniadanie, masaż (coraz mniej mnie boli i łaskocze i jestem bliska stwierdzenia, że może to być przyjemne - choć siniaki mam nadal...), fitness (ze strasznie dziś dla mnie odczuwalnym wyciskiem) i do domu. Internet się naprawił - ufff! Trochę poleżałam, trochę posurfowałam (poserfowałam? posmerfowałam? ;) ), pograłyśmy z Agą w Trivial Persuit - bardzo lubimy tę grę :)

Obiad.

I po obiedzie....S I K O R Z Y N O !!!! W końcu!! Moje najukochańsze na kuli ziemskiej miejsce :)

To jest lekarstwo na całe zło, na zły humor, na tęsknotę, na chętkę gofrowo-lodową... na wszystko :)
Miałyśmy niesamowite szczęście, bo już na schodach przywitał nas Pan Leszek, o którym pisałam już w zeszłym roku - właściciel Dworku i cudotwórca, który wykonał tytaniczną pracę, przywracając temu miejscu nie tylko duszę, ale i serce, elegancję, styl, klasę i przeogromny urok!
Przywitał nas bardzo serdecznie - uwielbiam tego człowieka - o tym też już pisałam kiedyś :) Przywitał mnie, jak córkę - bardzo bardzo miło :) Oczywiście (dla niego to było oczywiste, bo dla mnie już niekoniecznie :)) nie kazał mi płacić za wstęp - zaskoczyło mnie to niesamowicie pozytywnie :) Wiecie, czuję się tam odrobinkę wyjątkowa... Czuję, że to miejsce jest trochę takie "moje" - co ja mówię! trochę! ono jest TOTALNIE moje - taka bratnia dusza wśród miejsc...
Wyładniało jeszcze od zeszłego roku. Ma niezwykły, tajemniczy czar, który sprawia, że deszcz go nie dosięga, smutek nie kupi biletu wstępu, a rozmarzenie siada Ci na ramieniu jak motyl, kiedy tylko przekraczasz próg tego domu... Kocham to miejsce!
Pianino też czekało :) nawet na moje marne granie :)

Spędziłyśmy tam całe popołudnie przy herbacie (białej z figami i zielonej z płatkami róż). Spotkałyśmy jeszcze Jacka (kolegę z poprzedniego roku) z jego znajomym Wojtkiem - bardzo miły zbieg okoliczności :)
I...niestety musiałyśmy wrócić na kolację.

Po kolacji byłam jeszcze u takiej pani irydolog na badaniach, ale to nie jest wielki temat na omawianie go blogowo. W każdym razie - zasadniczo jestem okazem zdrowia :)

I znów napadły mnie kiepski humor (ach, ten brak słońca) i tęsknota... Idę spać...

Jutro jedziemy na wycieczkę do Trójmiasta. Relacja: wieczorem (przypuszczam).

I jeszcze tylko menu:

ŚNIADANIE:
- sok
- zakwas z buraków
- surówka: kalafior, czosnek, ogórek kiszony
- surówka: czerwona kapusta, pomarańcza
- gotowany burak
- 1/2 grejpfruta

OBIAD:
- mandarynka
- surówka: kalarepa, papryka, jabłko
- surówka: ogórek kiszony, cebula
- gotowany kalafior i brokuły
- zupa porowo-cebulowa

KOLACJA:
- sok owocowy
- surówka: pomidor, cebula, sałata
- sałatka owocowa (pycha!)
- leczo (pyszne)
- surowa cukinia

Tyle. Do jutra!

środa, 21 lipca 2010

(Nie)tolerancje i wiarygodność, czyli Gołubie 2010, dzień 4

Dzisiejszy dzień był prawdziwie letni, cudownie słoneczny i tropikalnie ciepły :)
To dobrze - dla mnie dobrze :) Z tym, że nie jestem pewna, czy to dobrze dla bloga, ponieważ...nic się właściwie nie działo poza zażywaniem nieustannych kąpieli słonecznych w momentach wolnych od tzw. zajęć obowiązkowych (ha! czy ktoś z Was jeżdżących na urlopy pomyślał kiedyś, że może Wam ktoś coś KAZAĆ zrobić? ;)) A jednak :) ). Zatem, porządek czynności był następujący (mało innowacyjny, ale ostrzegałam o tym już kiedyś zdaje się, a jeśli nie, to ostrzegam teraz, że tak będzie :) ):

8:00 rano - gimnastyka. Nie zaspałam :)
9:00 - śniadanie (menu na końcu posta)
9:30-10:10 - kąpiel słoneczna :)
10:15 - masaż

No właśnie... masaż ;) Rety, o rany Julek, motyla noga, kurza twarz....aaaaa... znów mnie bolało i łaskotało tak okrutnie, że nic nie jest w stanie przekazać tego wrażenia. Ludzie! Kiedy to przejdzie?? Bo chyba przejdzie, co? ;) Za to dowiedziałam się, że najprawdopodobniej ten fajny pan od masażu, który dużo podróżował w życiu i miał sporo ciekawych przygód, napisał...książkę o podróży w Himalaje (przypuszczam, że o tej do Nepalu, o której mi opowiadał):
http://www.taniaksiazka.pl/mnich-stepien-arkadiusz-p-153032.html
Strasznie jestem jej ciekawa i chyba ją sobie normalnie drogą kupna nabędę :)
W ogóle sporo można się dowiedzieć od masażysty. Naprawdę - akurat ten jest bardzo normalnym, komunikatywnym człowiekiem z poczuciem humoru, więc - naprawdę można :) Wiedzę "z przedmiotu" też oczywiście ma i przyznaję, że mówi bardzo dużo ciekawych rzeczy o tym, co powodują spięcia mięśni. Rzeczy, których nawet bym nie podejrzewała (o konsekwencje takich długotrwałych spięć mięśni mi chodzi). Pewnie połowę zapomnę, ale może coś jednak zostanie. Na pewno zaczynam wierzyć w to, że taki masaż dobry jest!

Ok, po masażu - fitness. Wycisk nie z tej ziemi dla mojego nadal-nie-rozćwiczonego ciała. Jednak dałyśmy radę (wszystkie 3 - bardzo dzielnie :) )! A co! kto ma dać, jak nie my?? :)

Po fitnessie poszłyśmy z Anitą (Aga była wcześniej) na testy na nietolerancje pokarmowe. I tak: ja te testy robiłam już 2 lata temu, podczas pierwszego pobytu w Gołubiu. Wyszło mi, że powinnam zupełnie wykluczyć z diety: jajo kurze, żyto, drożdże i orzecha brazylijskiego (W ŻYCIU GO NIE JADŁAM!), bardzo mocno ograniczyć: kofeinę (cóż... w tamtym czasie piłam naprawdę dużo kawy) i raczej rzadko korzystać z takich dobrodziejstw, jak: mleko krowie i jego przetwory oraz kakao. Nie był to zbyt dobry wynik... Ale był. Starałam się wykluczać. Naprawdę. Po pierwszym Gołubiu w dużej mierze mi się to udało, po drugim już nie bardzo.
W tym roku postanowiłam sprawdzić, na ile wiarygodny był poprzedni wynik i czy coś się może zmieniło.
Wyniki są następujące:
Nadal do wykluczenia pozostaje jajo kurze oraz te nieszczęsne orzechy brazylijskie (raczej nie będzie z nimi problemu), unikać należy żyta, a raczej rzadko jeść: gluten, pszenicę durum, ryż, mleko krowie, migdały i melona/arbuza.
Najlepsza wiadomość jest taka, że nie wyszedł mi ani ślad nietolerancji na DROŻDŻE!! bardzo się z tego cieszę :)
Natomiast mała nietolerancja na gluten i średnia na żyto powodują, że ląduję w grupie ludzi, którzy przynajmniej przez jakiś czas powinni stosować dietę bezglutenową. I to mi się akurat średnio uśmiecha. Cały czas jeszcze rozważam, czy się tego trzymać, czy nie... I nie wiem... Jak zdecyduję, to Wam powiem. Chciałabym spróbować, ale nie mam pojęcia, czy dam radę... Zobaczymy. Kiepska (baaardzo kiepska) informacja wynikająca z tych wyników jest taka, że nie mogę jeść....LODÓW :( cholera, a ja je tak lubię... Niestety Magnum Almond na pewno ma jajka w proszku... No zobaczymy, jak to będzie.
W każdym razie dietetyczka, która analizuje te testy była zdziwiona utrzymującą się wysoką nietolerancją na jajko kurze. Jednak, kiedy usłyszała, że ja od dziecka jestem alergikiem, zmieniła zdanie i nagle jej się wszystko zgodziło ;) No dobra, niech będzie, choć ja nigdy alergii pokarmowych nie miałam i nie mam (nietolerancja to nie alergia!), ale widocznie jestem przez to wrażliwsza na wszystkie potencjalnie alergizujace czynniki. Possible.

Testy wzbudziły ogromne (po raz kolejny!) dyskusje - nie chce mi się ich przytaczać... generalnie dotyczyły wiarygodności takiego testu - w skrócie wniosek moich znajomych z pierwszego pobytu w Gołubiu był taki, że: zrób ten drugi test i nam powiedz, co ci wyszło, bo jak coś zupełnie innego, to test jest niewiarygodny i nie pójdziemy, a jeśli podobnie, ale słabiej np., to może jednak się zdecydujemy :)
Przekazałam im moją opinię - zobaczymy, jaka będzie ich decyzja.

Po testach było słodkie lenistwo :)
Potem obiad (co oznacza, że mamy już 13:45).

Po obiedzie - szybka wyprawa do sklepu - zakupiłam kawę orkiszową (której i tak tutaj nie wolno mi pić, ale ją lubię, więc będę piła zamiast zwykłej po diecie - do śniadania z moim Kochanym Mężczyzną :) ) oraz 2 jabłka (w razie ssącego głodu ;) ). Potem... SŁODKIE LENISTWO :D:D Fajnie, nie? Opalanko, trochę komputerka, trochę książki... nie, bez książki tym razem ;)

Potem kolacja o 17:30 i po niej wykład z panią dietetyk o nietolerancjach, trawieniu, toksynach, itd. Ciekawy, choć słyszałam go już 3 raz (wiele się nie zmieniło, poza tym, że teraz najkorzystniejsze są zielone soki, a nie soki z marchwi). Wykład w sumie wzbudził trochę kontrowersji, ale to tylko znak, że ludzie słuchali, więc w sumie dobry ;)

od 20:00 grał jakiś zespół o wdzięcznej nazwie "Ziemoniki" (nie mylić z ziemniokami ;)) ) - myślałam, że to jakaś ludowa kapela, a to młodzi chłopcy, grający fajną muzykę do tańca, ale... tym razem zdezerterowałam. I teraz trochę żałuję - w tamtym roku bawiłam się świetnie :) No trudno... zła decyzja to była... Nie pierwsza i nie ostatnia.

Ale teraz element "z alei sław" :) Jest tutaj z nami na turnusie jeden z muzyków Grupy MoCarta :) tylko nie możemy się zdecydować, który to :)))
ten: http://www.grupamocarta.art.pl/pawel.html albo ten: http://www.grupamocarta.art.pl/bolek.html :)
Z żoną i z synkiem. Bardzo normalny, sympatyczny facet!
Dziś miał koszulkę z napisem, który szalenie mi się spodobał: "Jeśli taniec jest mową ciała, to moje ciało mówi: NIE" :D A to jest taki mały, krępy człowiek w sumie, więc pasowało jakoś tak...jak ulał ;)))

A teraz coś, na co wszyscy czekacie na pewno z niecierpliwością ogromną, czyli....JADŁOSPISY :D:D
(słyszę "jupi jeeeeeej!!" ? ;)) no oczywiście! któż by nie jupijejował na takie hasło ;)) )

ŚNIADANIE:
- sok marchewkowo-jabłkowy
- zakwas z buraków
- truskawki - oł jee :)
- surówka: kapusta pekińska, pomarańcza
- surówka: pomidory, papryka, ogórek kiszony, cebula
- gotowany seler

OBIAD:
- sok zielony (chyba albo już mi się pomyliło...)
- 1/2 grejpfruta
- surówka: buraczki
- surówka: ..... nie pamiętam - taka, której nie jadłam
- gołąbki z farszem warzywnym w sosie pomidorowym - super :)
- zupa brokułowa

KOLACJA:
- sok pomidorowy
- surówka: kiszona kapusta
- surówka: seler, pietruszka, jabłko
- gotowane warzywa mix -> nazywało się gulasz warzywny... taaa...


Nie wiem, czy czegoś nie pomieszałam, bo z pamięci piszę, ale mniej więcej tak było.

Do jutra!

wtorek, 20 lipca 2010

Stara bieda i nowe znajomości czyli Gołubie 2010, dzień 3

Mam problem. Strasznie ciężko pisać o czymś, co już było dwukrotnie, w sposób innowacyjny, zaskakujący...ba! zwyczajnie ciekawy... A tak trochę ma się sprawa z Gołubiem tegorocznym. Wy już wszystko wiecie! A tutaj naprawdę nie dzieje się nic nowego... Pokazują te same tarki, robią te same testy, gotują te same warzywa...

No, ale chociaż dla jadłospisu ten wpis zrobię.

Rozpoczynam od początku, jak Pan Bóg (umowny) przykazał :)

Po pierwsze: zaspałam na gimnastykę!! Wstyd i hańba! Ale czułam się tak słabo, że nie dałam rady wstać :/ Niezbyt to przyjemne, ale myślę, że miałam strasznie niskie ciśnienie (mój rekord 80/40, więc chyba musiałam być blisko tego wyniku). Wstałam dopiero na śniadanie. O tym, co jedliśmy - na koniec tym razem.

Po śniadaniu poszłam na...masaż. O Jezusie i wszyscy święci!! Myślałam, że umrę z powodu łaskotek i...bólu. Czy Wy wiecie, jak to boli?? Ja już wiem... Bardzo. A dlaczego? Otóż już wiem - mam pospinane absolutnie wszystkie mięśnie - o istnieniu niektórych nawet nie wiedziałam. Nie jest to dobra wiadomość, ale dzięki niej wiem, że dobrze zrobiłam zapisując się na takie masaże. Pan masażysta jest bardzo sympatyczny - fajny gośc, podróżnik, wygadany taki i nie miał nic przeciwko temu, że się wierciłam niemiłosiernie i śmiałam przez 40 min. Śmiał się tylko, że nie ma nic przeciwko temu, kiedy ludzie mówią do niego "Jezu", "Boże", itd., ale kiedy już mówią "matko", jest w tym coś niepokojącego :))) (nie mówiąc już o "Matko Boska" czy "Matko Święta" ;) ). Przeżyłam ten masaż i mam nadzieję, że następne będą łagodniejsze - pan powiedział, że lepiej będzie wziąć więcej łagodnych, niż 5 takim max. Tak więc zrobiłam, co skutkuje tym, że będą dusić moje biedne mięśnie do czwartku przyszłego.

Potem fitness z piłkami - mięśnie mnie bolały trochę po wczoraj, ale jakoś przećwiczyłam te 45 min.

Potem rozmowy telefoniczne z ginącym zasięgiem, zatem przerywane - makabra, ale dobrze, że chociaż gdzieś jest jedna kreska... A ja tak tęsknię za Moim Kochaniem i nawet pogadać nie mogę... tzn. czasem się udaje, ale to denerwujące, że nie można się przesunąć centymetr w prawo czy w lewo, bo można zgubić sieć...
Ok, dość frustracji - dobrze, że mam szybki internet w pokoju :)

Potem obiadek z faszerowaną papryką - patrz: koniec maila.

Po obiedzie prezentacja tarek - nie poszłam, bo już nawet te tarki mam ;)

Ale za to mam nowego kolegę - Wiktora. Lat: całe 3 :) Zdaje się, że nie tylko staż potwierdził to, że dzieci mnie lubią ;) Wiktor jest fajny bardzo - bawiliśmy się w piasku, szukaliśmy małego kota i usiłowaliśmy wytłumaczyć sobie, że LIŚCIE poziomek nie nadają się do jedzenia :) Jego rodzice się strasznie zdziwili, że Wiktor podał mi swoje imię i nie chce mnie puścić do domu :) Coś jednak te dzieci we mnie lubię - i ze wzajemnością :)
Btw, mam jeszcze trochę starszą od Wiktora (jakieś 5 lat) podopieczną - Wiktorię (żeby było śmieszniej :) ). A miałam się już nie zajmować dziećmi...

Tak więc - pobawiłam się chwilę i miejsce zabawy zajęło opalanie (przez chwilę, bo się za ciepło zrobiło) i czytanie książki. W tzw. międzyczasie zapisałam się jeszcze raz na testy na nietolerancje pokarmowe - kurczę, może wyjdzie to samo, ale chcę sprawdzić...

Kolacja była dobra :) a po kolacji - zabawa z maluchami - budowaliśmy zamek z piasku, pod którym zamieszkały dwa smoki - Irys i Wiktor (3-latki mają tendencję do nadawania wszystkiemu własnego imienia) - nie doszliśmy do porozumienia, czy to przyjazne smoki, czy ziejące ogniem potwory, ale faktem jest, że zamieszkały :)

A potem wróciłam do pokoju/domku, posiedziałam na facebooku, robiąc najidiotyczniejsze testy świata, wykąpałam się i piszę :)

No dobrze, tyle na dzień dzisiejszy - naprawdę mam nadzieję, że jutro coś się wydarzy, co jak nie to zwariuję albo... nie napiszę ;)

Poniżej jeszcze jadłospis dzisiejszy:

ŚNIADANIE:
- zielony sok
- zakwas z buraków
- surówka: biała rzepa, sałata, papryka
- surówka: ogórek świeży, szczypiorek
- gotowana biała kapusta (bleeee!!)
- mandarynka

OBIAD:
- 1/2 kiwi
- surówka: kalafior, ogórek kiszony
- surówka: kabaczek, jabłko (bardzo dobre)
- gotowane: faszerowana papryka (dobre)
- zupa: kapuśniak (dobry)

KOLACJA:
- sok pomidorowy
- surówka: kalarepa, rzodkiewka
- surówka: sałata, ogórek, pomidor, cebula
- jabłko pieczone (pyyyycha!! największa pycha w całej gołubieńskiej diecie)
- surowa marchewka



Do jutra! (mam nadzieję)



p.s. synoptycy w sumie mieli rację :)

poniedziałek, 19 lipca 2010

Пусть всегда будет солнце! czyli Gołubie 2010, dzień 2

Dzisiejszy odcinek będzie krótki (chyba, że wyjdzie mi inaczej:) ).

Po pierwsze i najważniejsze: wyszło słońce!! nie jest jeszcze oszałamiająco gorąco (w ogóle nie jest gorąco, chyba że jakimś cudem dłużej przygrzeje), ale to dobra prognoza :) Ja osobiście strasznie nie lubię szarugi, braku słońca i temperatury koło 20 stopni. Po prostu jest mi zimno. I już. Dziś pewnie nie było wiele więcej - wg danych na "plaży", która tak naprawdę jest większym trawnikiem, tyle że graniczącym z jeziorem, więc szumnie zyskał sobie ów trawnik miano plaży, temperatura powietrza wynosiła 22 stopnie, a wody... 25! Ale ja i kąpiel w takich warunkach to raczej mocno antynomiczne pojęcia :)
Zatem - wyszło słońce i niech już zawsze będzie (cóż za zgrabne nawiązanie do tytułu, nieprawdaż? ;))) ). Podobno prognozy są takie, że... no dobre są po prostu :) Będę na bieżąco donosić o ich sprawdzalności - bez obaw.

Dziś rozpoczął się właściwy gołubieński "reżim" - 8:00 gimnastyka w lesie (takie rozciąganie bardziej, niż męczarnia), potem o 9:00 - śniadanie -> program śniadania:

- sok marchwiowo-jabłkowy
- zakwas z buraków
- surówka: kapusta biała, pomidor
- surówka: buraki, cebula, chrzan (dobre)
- gotowany seler z sosem pomidorowym (bez sosu ;) - może zapomnieli...)
- 1/2 grejpfruta

Po śniadaniu fitness (o 10:45) - nowa pani prowadzi - fajnie bardzo, chociaż, jak człowiek nierozćwiczony (co z tego, że rozciągnięty, kiedy mięśni brak ;) ), to dość konkretny wycisk :) Jak zwykle, przeżyłam - może coś tam mnie jutro poboli (te mięśnie prawie-nieistniejące mam na myśli), ale dam radę -> taki mam plan :)

Potem chwila lenistwa nad jeziorem (załapałyśmy się na moment ze słońcem) i obiad. Czyli: schemat w pełni - nudy na pudy...

A na obiad były następujące "frykasy":
- czereśnie (no to było pycha!)
- surówka: ogórek kiszony, cebula
- surówka: kalarepa, jabłko
- kabaczek parzony (całkiem niezły)
- zupa jarzynowa (he he, a to zaskoczenie;) )

Po obiedzie - lenistwo na tarasie - super słońce, lekturka, opalanie mimowolne :)

Potem - wykład dr Dąbrowskiej - jak zwykle spóźniona i jak zwykle dłużej, niż powinno być ;), ale i tak ciekawie -> jak ona opowiada o tej diecie, człowiek jest w stanie uwierzyć we wszystko i absolutnie zanegować medycynę konwencjonalną. Hola! Bez przesady. Ja wierzę w jej metody i trafia do mnie to, co mówi, ale to nie jest prawda, że medycyna tradycyjna niczego nie potrafi wyleczyć i wszystko trafia w ostateczności do niej. Oczywiście, że ma ogromne zasługi i świetne wyniki, ale nie dajmy się zwariować :)
Niemniej jednak, wykład był ciekawy. Nie obyło się co prawda bez wtrętów o in vitro, którego pani doktor, ściśle współpracująca z radiem ojca dyrektora, nie akceptuje zupełnie, ale ogólnie naprawdę dobrze się jej słucha.

Zaraz po wykładzie kolacja -> repertuar kuchenno-kolacyjny poniżej:

- sok pomidorowy
- marchewka z jabłkiem (pyyyycha!!)
- kiszona kapusta, cebula
- rzodkiewki
- gotowana brukselka ze szpinakiem (bleeeee - nie do ruszenia dla mnie)

A teraz siedzę sobie i piszę, patrząc jednym okiem w tv, w którym jest tylko program pierwszy, ale i tak jest to swoiste novum, bo ja telewizora nie mam :)

A! Zapomniałabym - zapisałam się na serię masaży odtoksyczniająco-odchudzających pięciu i...obawiam się, że umrę na łaskotki :D Będę donosić, jak było (jeśli... no wiecie... ;) ).

Dołączam jeszcze na koniec fotkę najbardziej uroczych mieszkańców Waldtouru:)


...i wcale mi krótko nie wyszło ;)

Take care, Ludki!!


niedziela, 18 lipca 2010

Szybki update, Gołubie 2010, dzień 1

Jadłospisy dwa:

OBIAD:
- sałatka owocowa (wyjątkowy rarytas!)
- surówka z białej rzodkwi i ogórka kiszonego
- pomidory z cebulą
- gotowana kiszona kapusta z brokułami
- zupa cebulowa

KOLACJA:
- sok grejpfrutowy
- marchewka
- ogórki małosolne z cebulą
- papryka z kapustą pekińską
- modra kapusta z suszonymi morelami (tutaj to się nazywa bigos ;)) ).

to tyle na dziś :)

Do jutra!

Inicjacja z doświadczeniem w tle czyli Gołubie 2010, dzień 1

Witajcie!

Jedni jeżdżą do Hiszpanii, inni zwiedzają piękne zamki południowej Francji, niektórzy wybierają chłodniejsze rejony Północnej Europy, jeszcze inni - Mazury, góry, morze czy włóczęgi po Bieszczadach. A ja? No tak - dziwaczka - wracam po raz kolejny, żeby głodować, ćwiczyć i słuchać wykładów o zdrowym żywieniu. Cóż, każdy ma swoje...hobby ;) A tak poważnie, to w tym roku już było mi ciężko tu przyjechać zamiast wybrać się z  Kochanym Mężczyzną na włóczęgę po...hmm, Toskanii np :)
Jednak względy zdrowotne przeważyły. Bo wierzcie lub nie, mnie ta dieta naprawdę leczy z alergii i innych takich średnio sympatycznych, a już na pewno uciążliwych, dolegliwości.

Zatem jestem, ale zanim o samym Gołubiu, muszę napisać trzy słowa o stanie polskich dróg i naszej podróży DO.

Niestety tak się stało, że nie mogłyśmy pojechać w piątek do Konina, przenocować i w sobotę pokonać pozostałej drogi, ponieważ koleżanki, z którymi tu przyjechałam nie dostały urlopu. Zatem czekała nas przeprawa - 700 km na raz w ponadtrzydziestopięciostopniowym upale! Postanowiłyśmy wyjechać o 6.30 rano, żeby spokojnie zdążyć na kolację w Gołubiu, która rozpoczynała się o 17.30 (oczywiście z przerwami na kawę i obiad po drodze - ostatnie chwile żywieniowej wolności ;)) ). Jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy. Do Łodzi jechałyśmy 2.5 h (no dobrze, przyznaję, jechałam dość dynamicznie ;), ale bezpiecznie!). Ten wynik zachęcił nas do snucia nierealnych, jak się potem okazało, planów dotarcia jeszcze na obiad (na 14). Za Łodzią było jeszcze ok, więc korzystałyśmy. Straszono nas przede wszystkim Włocławkiem, że niby takie przewężenia itd. Dotarłyśmy do tej rzekomej przeszkody i...przejechałyśmy bez zatrzymania prawie. Zachęcone jeszcze bardziej, dodałyśmy gazu i... jeszcze szybciej zahamowałyśmy. Korek. Pierwszy z... ech, ale o tym później. Stoimy. Nic się nie dzieje. Temperatura na termometrze samochodowym - 36 stopni. Zero wiatru. Po 30 min ruszyłyśmy - okazało się, że był ruch wahadłowy z okazji remontów. Jedziemy, uwolnione z więzów upału (a! bo mój samochód, choć cudowny, NIE MA KLIMATYZACJI!). Jedziemy, jedziemy.... 3 km.... STOP! Kolejne 30 min stania. Temp. 38 stopni... Ledwo żyjemy... I tak jeszcze 3 razy.... Ruch wahadłowy! Żeby szlag trafił cały ruch wahadłowy świata!! i to jeszcze w takich tropikalnych upałach - no, żeby one były tropikalne, to chociaż wilgotno by było... W najcieplejszym momencie mój termometr wskazał 41 stopni C i niewiele brakowało, żebym się załamała zupełnie. Na szczęście miałam poczucie misji, że muszę dowieźć te dwie delikwentki (i siebie) na wieczór do Gołubia, więc jakoś dałyśmy radę.
Kiedy już przebiłyśmy się przez niehumanitarne formy prowadzenia robót udoskonalających nawierzchnię, czekała na nas niespodzianka z serii "stop-na-nie-wiadomo-ile" w Toruniu. Czy kiedykolwiek przejeżdżaliście przez Toruń drogą na Gdańsk? Jeśli nie, nie wiecie, co tracicie! Wąziusieńka droga jednopasmowa przez Stare Miasto - cuuudny pomysł! Krajowa 1 !!! Ech... ale trzeba przyznać, że widok na Toruń przepiękny :)
No więc w mieście piernikowym straciłyśmy kolejne 1.5 h chyba... A gps, który nawiasem mówiąc, zwariował z gorąca i pokazywał bzdury, zanim tak się stało, uparcie twierdził, że przed nami jeszcze 280 hm :/
Daleko nam było do poczucia szczęśliwości... Niemniej jednak, jak opuściłyśmy Toruń, jakoś się jechało, z mniejszymi lub większymi przewężeniami i zatrzymaniami. Temp. nadal 36-37-38 st. MASAKRA. Mijałyśmy (nie łączcie tego określenia z prędkością, wiatrem we włosach, itd... nic z tych rzeczy) kolejne miasta i miasteczka, żeby wreszcie...trafić na objazdy do Kościerzyny!! Jeszcze to... (z Kościerzyny do Gołubia jedzie się 15 min, ale trzeba się do tej Kościerzyny dostać). Akurat wtedy średnio zależało nam na zwiedzaniu Wdzydz Kiszewskich i innych "oboczności" Szwajcarii Kaszubskiej...

Dojechałyśmy na 18... 11 i pół godziny podróży w 37.stopniowym upale... Dobry początek, nie ma co.

Ale.. na pocieszenie (chyba własne głównie) dodam, że mam tak świetną miejscówkę w tym roku, że wynagradza nieco trudy podróży:) Mieszkam (fuksem, bo coś się zwolniło) na terenie ośrodka w takim bliźniaku. Mam ogromny płaski tv, z którego nie korzystam, ale jest ;), własną łazienkę, taras (!) z widokiem na jezioro, meble, które udają dębowe (całkiem zmyślne) i 30 sekund na stołówkę :D Super, naprawdę!

Natomiast popsuła się tutaj pogoda - przypuszczam, że wielu z Was by to ucieszyło, ale mnie nie cieszy... Jest zimno i pada. Tzn. teraz już nie pada, ale jest zimno - pewnie z 21 stopni... Liczę na to, że synoptycy mieli rację i ciepełko powróci we wtorek:)

Zdjęcia dołączę, jak się zrobi ładnie, bo teraz to nic nie wygląda ładnie.

Zjadłyśmy już warzywną kolację i dziś śniadanie. Co było na śniadanie? Póki pamiętam:

- zielony sok z pszenicy, jabłka i czegoś tak jeszcze - pyszny!!
- zakwas z buraków - czyli standard
- surówka z rzodkiewki i sałaty - cholernie ostra
- surówka z kapusty pekińskiej z białą - no, dla nielubiącyh kapusty, do których się zaliczam, nie jest to wymarzone menu
- gotowana kalarepa ze szpinakiem (ale szpinak był niedobry, bo...na słodko!)
- nektarynka


Odezwę się wkrótce :)

Over.

środa, 23 czerwca 2010

Z serii (NIE)codzienność: Nabyłam...nieruchomość :)

tak!!! nabyłam - drogą kupna :)

Zawsze marzyłam o własnym domu... O domu, w którym pachnie miłością i chlebem, w którym na stole stoją kwiaty, a z głośników sączy się dyskretnie Monteverdi. O domu, który stanie się moją przystanią i ostoją. O miejscu, gdzie będą korzenie moje i mojej Rodziny przyszłej... O miejscu, w którym inni będą czuli spokój, znajdą potrzebną ciszę, ale i energię, jeśli tego właśnie będzie im brakować.

Szukałam zatem i szukałam... Długo, ale cierpliwie, bo sprawa miała, że się tak wyrażę, najwyższy priorytet, więc pośpiech nie był wskazany. Dużo mnie kosztowało, żeby nie przyśpieszać wydarzeń.

I w końcu znalazłam :)

Domek jest malutki, ale ma w sobie kawał historii ludzi, którzy tam mieszkali, czasów, które przetrwał... Zbudowano go dawno temu (naprawdę dawno! aż dziwne, że nie muszę się konsultować z jakimś konserwatorem :) ), więc miał czas na zbieranie doświadczeń. Dom jest drewniano-murowany, z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie, ot taka chatka Baby-Jagi, która przycupnęła na chwilę w cieniu starych drzew (chatka, nie Baba-Jaga oczywiście :)). W środku króluje drewno - bele na ścianie (jednej), belkowany, gdzieniegdzie cały drewniany, sufit, stary piec w kuchni. Dookoła ogród i piękny, stary, kamienny mur z jednej strony. W ogrodzie mięta, melisa, lawenda.... Prawie, jak Prowansja :)

Wprowadzam się jesienią późną dopiero, ale tyle czekałam, to poczekam jeszcze pół roku. Zresztą i tak wiecie to wszystko :)


I, zdaje się, że... zaświeciło słońce nad moją Drogą. Jasne i ciepłe :)

Tyle na teraz.

Dawno mnie tu nie było... znowu... Trochę odwykłam.

Może się poprawię :)

wtorek, 29 grudnia 2009

Z serii "codzienność"... Powrót.

Nie lubię zmian. Tzn. w tej chwili nie lubię zmian. Krótkoterminowo ich nie lubię. Nie lubię momentu, w którym następują. Potem jest już ok.

Powrót jest w tym kontekście zmianą. Zmianą o tyle istotną, że zauważalną i na tyle nieprzyjemną, że za każdym razem inną, nową, nieprzewidywalną. A z drugiej strony przyjemną, bo to w końcu "urządzony po naszemu fragment świata" i zbratać się z nim tak czy tak, jak śpiewał pewien bard, trzeba... Pozwólcie, że ujmę to półkolokwialnie - co za durna ambiwalencja!
Nawiasem mówiąc, sama się dziwię, że to piszę, bo ja przecież lubię zmiany. Nawet bardzo. Lubię to, co nowe, ciekawe, nieprzewidywalne. Ale... są zakresy, dziedziny, miejsca w przestrzeni i czasie, w których nawet ja potrzebuję ciszy, spokoju, ładu i...niezmienności.

Dziś nie zmierzam się rozwodzić nad kwestiami egzystencjalnymi. Chociaż... może trochę jednak tak. W każdym razie nie kwestiami życia i śmierci.

A o co tak naprawdę chodzi?
Chodzi o zmianę stanu, miejsca, poczucia swoistego bezpieczeństwa. O adaptację, o której pisałam poprzednio. Jak już wiecie, byłam tydzień w domu. Okazało się, że to wystarczająco długi okres czasu, żeby się zaadaptować do nowych-starych warunków. Super, ale, kiedy już zaczynało być ok, normalnie, codziennie... CIACH! nastał czas  p o w r o t u i cały porządek trzeba było zacząć budować od nowa. To takie małe zmagania z materią codzienności, ale czasem mi się po prostu nie chce.

Niemniej jednak wróciłam, oswoiłam rzeczywistość zastaną (nie było tak najgorzej) i oto jestem. Tym razem z Krakowa.
Nawiasem mówiąc - jak ludzie radzą sobie z wielkimi powrotami po naprawdę długiej nieobecności??
To nie dla mnie...

Dobranoc.

niedziela, 27 grudnia 2009

Z serii... bez serii :)

Jakby ktoś chciał, zapraszam na mojego "muzycznego" bloga :)

http://zefiro-torna.blogspot.com/

Z serii "codzienność"... Święta.

Z serii "codzienność", choć to nie do końca codzienność, prawda? A przynajmniej założenie jest takie, że nie powinno być codziennie. Nie zamierzam zagłębiać się nadmiernie w statystyki socjologiczne dotyczące tego, jak Polacy spędzają Święta Bożego Narodzenia, ale raczej napisać trochę, jak to jest u nas. Bez obawy - bardzo rodzinne i prywatne szczegóły zostawię dla siebie.
Jak to jest, jak nagle z różnych kawałków Polski Rodzina zjeżdża się w jeden punkt, do Domu. Sielanka? Otóż, nie do końca. Tzn. nie od razu. Proces adaptacyjny, że się tak wyrażę, musi i zajmuje kilka minut/godzin/dni... Tak jest i będzie. Mamy swoje życia, swoje przyzwyczajenia codzienne, swoją zagospodarowaną na własny obraz i podobieństwo przestrzeń. Ja tak mam. A nagle trzeba bez mrugnięcia okiem, przenieść się i przyzwyczaić do czegoś, co było "nasze" kilka dobrych lat temu, a teraz...hmm, jest czymś... nowym. Za każdym razem nowym. Ostatecznie jednak odnosi się nad rzeczywistością mniej lub bardziej spektakularne zwycięstwo.

Bo w sumie - w domu jest miło - ogień w kominku, pachnąca choinka, ludzie do porozmawiania, ludzie w ogóle, ciepła herbata i absolutny nakaz odpoczynku (któremu początkowo nieznośnie blisko do nudy). To trochę jak z urlopem (według wszelkich badań i statystyk, a także z doświadczenia własnego) - żeby w pełni korzystać z oferowanych dobrodziejstw, potrzeba 2 tygodni... A tutaj nic - tydzień i "do zobaczenia za pół roku". Po raz kolejny trzeba zająć się akceleracją - tym razem akceleracją adaptacyjną.


Obżarstwo, pękające w szwach brzuchy, niemoc twórcza i każda inna...
Brzmi znajomo? :)

No niestety, ale i "stety", okres świąteczny łączy się z obowiązkiem/przyjemnością konsumpcji tylu dóbr rynku gastronomicznego, że nierzadko człowiek zadziwia sam siebie ;)
I w tym roku nie było inaczej. Jednak, jakoś nie narzekamy. Pyszności na stole mnóstwo, cały dzień, jak na francuskim weselu - "zjadła już pani te trzy przystawki, dwie zupy i pięć drugich dań? och, to doskonale, mamy dla pani jeszcze deser nr 1, nr 2, nr 3, nr 150...." ;)
Na szczęście, za kilka dni wszystko wróci do normy. Choć właściwie... może wcale nie chcę, żeby wracało do normy? Bo czym jest moja norma ostatnimi czasy... brak ciepłych posiłków, brak czasu na jedzenie, jakieś dziwne przekąski... Czy w tej sytuacji nie lepszy bigos, kluski z kapustą, pierogi, czy choćby grzanki z żółtym serem i chrupiącą sałatą? No... lepsze. Ale wracać trzeba.

Zatem wracam i zostawiam całe to błogie lenistwo, ciepło, jedzenie, żeby mieć o czym myśleć, a może czym się inspirować? ;)

Kolędy z tym roku zaliczone, choć nie bez śmiechu.
"Kevin sam w Nowym Jorku" też :)

Termin "Święta" i rozważania na ten szczególny temat, naprawdę trudno ogarnąć w kilku linijkach wypowiedzi, więc to tylko takie chwilowe refleksje były... Może jeszcze napiszę później.



A teraz noworocznie.


Chciałabym, żeby Rok-Który-Przyjdzie był otulony, jak ciepłym szalem, odpowiedzią na pytanie...




...bo ważne, żeby wiedzieć.







Życzę wszystkim (choć czytelników nie mam aż tak wielu), żeby Nowy Rok przyniósł Wam wielki worek pełen szczęśliwych chwil, radosnych rozmyślań, nowych, ciekawych wyzwań, szans wielkich i małych, dobrych ludzi wokół, miłości w sercu i ciągłej inspiracji płynącej z codzienności.


... i jeszcze szczyptę: zdrowia, energii i odwagi, żeby życie miało siłę mieć smaczek :)




piątek, 27 listopada 2009

Z serii "codzienność"... Bezrobotna bez czasu wolnego?


Dzisiejszy odcinek sponsoruje... UE!

Teoretycznie: Dzień, jak co dzień. Miesiąc, jak poprzednie... A jednak nie. Od początku listopada jestem właściwie bez pracy. Tak, słowo "właściwie", z zawartą w nim mieszanką pewności i powątpiewania, lekkiej kpiny i ukrytej radości, ambiwalentne, choć zwyczajne "właściwie" będzie tu bardzo na miejscu.
Już wyjaśniam, jak to jest - swoją drogą, materiał fascynujący z punktu widzenia badań osobowości, a może ascendentów i innych elementów kosmiczno-niekosmicznych, walczących o dominację nad naszym losem? Ja po prostu mam zapisane w gwiazdach czy jakimś innym utrwalaczu drogi życia, że nie dane mi będzie, ordynarnie rzecz ujmując, siedzieć na tyłku i się nudzić. W sumie to dobrze, tylko, żeby jeszcze z tego żyć można było, sytuacja byłaby wręcz wymarzona ;)


W Stowarzyszeniu, z którym uparcie nie chcę się rozstać, mając nadzieję, że ono ze mną też nie, nastał czas pisarski. A co wpadło w nasz wir kreatywności? Oczywiście projekty. Projekt to tajemnicze słowo, wieloznaczne (semantycznie i emocjonalnie) ostatnimi czasy. Otóż projekty są różne - wielkie, finansowane przez naszą dobrą siostrę - Unię Europejską ;) i mniejsze - ze źródłami finansowania gdzieś bliżej, np. w Mieście Krakowie. Tak więc - projekty ogarnęły ciała, dusze i energię tak wielu osób, że aż dziwny stał się brak jakiejś lokalnej czarnej dziury ;)
Wiecie, jak to jest, kiedy nad projektem siedzi się bez przerwy przez jakieś 20 godzin? Jeśli wiecie, to good 4 U, jeśli nie - hmm, jako doświadczenie głęboko poznawcze :) - polecam. Ok godziny 1:30-2:00 w nocy mieliśmy już taką głupawkę, że nie dało się przez chwilę zrobić nic. najbardziej fascynujący jest mechanizm nakręcania paniki, beznadziei i depresji, który w swoim centrum ma... znak. Brzmi tajemniczo? Otóż - nic prostszego. Unijne wnioski mają bowiem limit znaków - 20.000 (zaledwie! cóż to jest 20 tys znaków przy potędze ludzkiej pomysłowości, przy ludzkim pragnieniu stworzenia genialnego przekaźnika dobra? ;) ). Powiem Wam, że 20.000 znaków to jest wielkie NIC. O wiele ZA MAŁO i ten, kto tak haniebnie zamachnął się (he he) na ludzką chęć czynienia/tworzenia i rozszerzania cennych społecznie wartości, powinien spłonąć na stosie. Zaiste. :)
Niemniej jednak, na przekór wszystkiemu, wniosek napisaliśmy i złożyliśmy (choć bardziej uzasadniony będzie tryb niedokonany "składamy"). I żeby to jeden! Złożyliśmy jeszcze jeden inny, a trzy kolejne (różnej wielkości) są na ukończeniu. Ba! I jeśli jeszcze raz gdzieś przeczytam lub usłyszę, że dzisiaj ludzie są zbyt leniwi na wolontariat, to powystrzelam (wybitnie niespołeczne zachowanie ;)).

Zatem, strzeżcie się i doceniajcie! :)

Dobrej nocy!

czwartek, 6 sierpnia 2009

Żegnaj nam dostojny stary porcie i Mydełko Fa. Gołubie dzień 13

Kochani!

To już ostatnia relacja, bo jutro (inaczej, niż było planowane), zaraz po kolacji wyjeżdżamy i obawiam się, że nie zdążę już napisać. Niemniej jednak powiem Wam, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień, ale to na koniec.

Zacznijmy, jak zwykle, od rana.

8:00 - gimnastyka leśna, już bez brzóz. 9:00 - śniadanie, już bez dyplomów i zaszczytów ;)
Po śniadaniu fitness, a po nim - po jabłka do sklepu, bo na śniadanie zjadłam bardzo mało. Następnie do domku, czytać, oglądać, itd. Obiad o 13.45. Zaraz po obiedzie poszłyśmy sobie z Elką do Sikorzyna. Tym razem same, a więc - w końcu z książką i nutami na spokojnie - nikogo do oprowadzania, nikogo do koncertów wymuszonych. Pogoda dziś była piękna - gorąco i słonecznie! Wysmarowałyśmy się zatem kremem z faktorem 50 (żeby się przypadkiem nie opalić ;)) ) i wyruszyłyśmy na spotkanie ze słońcem. W Sikorzynie w końcu spotkałyśmy pana Leszka Zakrzewskiego - właściciela dworku. Cudowny człowiek! Normalnie go uwielbiam :) Jest pewnie koło 50., jest bardzo przystojny, ma poczucie humoru i klasę. Jest konserwatorem zabytków w Gdańsku. Sikorzyno kupił jako ruinę i powoli doprowadził je do takiego pięknego stanu, jaki prezentuje dziś. Tak naprawdę nie spodziewałam się, że mnie pozna, a on nie dość, że mnie poznał i uściskał, to jeszcze przedstawił mnie swojej córce Marcie, jako swoją przyjaciółkę :) Poza tym - wymógł na nas obietnicę, że przyjedziemy też jutro, no więc już wiecie, jaki mamy plan na po obiedzie :)
Tak, że do kolacji czas upłynął cudownie!!
Na kolację była (z dobrych rzeczy) marchewka surowa i pyszne leczo, więc się objadłam nieprzytomnie, a potem był koncert zespołu Śliwiński Band. Ekstra grali!! Ten Wojtek Śliwiński - wokalista, został polecony przez panią Skrętkowską (od Szansy na sukces), która była ze mną na turnusie w ubiegłym roku. Grali taką muzykę do tańczenia - dużo rock'n'rolla, którego ja uwielbiam, więc się wyszalałyśmy. Nawet jeden pan powiedział mi na ucho, że świetnie tańczę właśnie ten taniec. He he :) (sama to tańczę, ale w parze już rock'n'rolla to za bardzo nie umiem). Poza tym, na tym wieczorku pożegnalnym, bo to to właśnie było, podali jabłka pieczone. Zjadłyśmy z Elą po 3 !! i teraz umieramy kompletnie i pewnie przytyłam z powrotem to, co schudłam. Ale było fajnie :)

Teraz trochę poczytamy i spać.

A plan na jutro jest taki: rano jest gimnastyka w lesie, potem śniadanie, po śniadaniu o 10:00 - fitness (ostatni), o 13.45 - obiad. W tzw. międzyczasie musimy się spakować i zapakować do samochodu tak, żeby mieć na po obiedzie auto gotowe do drogi. O 14.30 ja mam manicure, który mam nadzieję nie potrwa długo i, jak tylko skończę, wsiadamy tym razem w samochód i jedziemy do Sikorzyna - pożegnać się i na herbatę. Wracamy na kolację, odbieramy prowiant za sobotnie śniadanie i zamówione jedzenie i zaraz po kolacji, czyli pewnie ok.18.30 wyruszamy w drogę powrotną do Konina. I w sobotę rano, czyli po 9.00, bo jeszcze mam podpisać jakieś dokumenty, wyruszam do Krakowa.

I to by było na tyle.

Żegnam Was z Gołubia - ja, która przeżyłam i to w dobrym humorze :) Dzięki, że mieliście tyle samozaparcia, żeby czytać te relacje!

Ściskam!!!

środa, 5 sierpnia 2009

"Nasiono jest miększe i łatwiej nam do gotowania...". Gołubie dzień 12

Dziś dzień przechodzenia na warzywa z powrotem.

Ale od początku: najpierw gimnastyka w lesie i brzozy - po raz ostatni, więc trzeba się było porządnie poprzytulać ;) Potem... a no właśnie! Potem zaszczyty, dyplomy i uścisk ręki prezesa :D
O 9:00 mieliśmy śniadanie z honorami. Prześlicznie udekorowany stół - dzikim winem i dzikimi różami - pięknie! i do tego pieczone jabłko :) po takim okresie na 200 kcal, nie dałam prawie rady zjeść tego jabłka! Przed konsumpcją - ulubione słowo naszego kucharza, o którym na koniec, bo to persona której pominąć nie można (nie tylko ze względu na gabaryty - słuszne, jak na kucharza przystało, ale i na koloryt lokalny, że tak powiem), zatem przed wspomniana konsumpcją, przyszli do nas pan Wojtek i szef całego gołubieńskiego ośrodka, wręczyć nam dyplomy, kobiety ucałować, a mężczyznom prawicę uścisnąć, jakoż się przyjęło. Śmiesznie, ale z drugiej strony miło. W ogóle dziś cały dzień mieliśmy dobre jedzenie w naprawdę uroczej aranżacji i stołu i samych talerzy, że się tak wyrażę - wszystko w kwiatach i kolorowo.
Pan Jan - jeden z naszych współkonsumujących, napisał wiersz z okazji zakończenia postu :) przytaczam:

POEMAT WARZYWNO-OWOCOWY

Post na płynach odbyliśmy,
dyplom otrzymaliśmy.
Wszyscy dzielnie się trzymali
po kątach nie podjadali.
Aby na koniec Was zabawić,
pozwolę sobie nas przedstawić:
Zosia nasza monarchini,
Marii Callas następczyni. (to o rocznej Zosi)
Jej Tata prawnik znakomity,
pogromca złoczyńców niespożyty.
I przemiła jego Żona,
do komputera podłączona.
Genio postać niebylejaka,
co następcą jest Fibaka.
Basia chce zrzucić to i owo,
choć na figurę posągową.
Zosia to moja jest krajanka,
z Ursynowa Warszawianka
.
Marta stale uśmiechnięta,
na tych soczkach wniebowzięta.
I Patrycja z wisiorkami,
na zmianę z warkoczykami.
I Agnieszka wdzięczna śmieszka,
co obok na kwaterze mieszka.
Monika w słowach powściągliwa,
ciekawe myśli w sobie skrywa.
Aldona ezoteryczka,
nauk tajemnych zwolenniczka.
Piękna dama aż z Hellady,
w Gołubiu szuka dobrej rady,
co zrobić, by nie chorować
i jak zdrowie swe zachować.
Leszek na płynach debiutuje
i z nami się dobrze czuje.
I ja, Jan, senior w zacnym gronie,
lecz nie wlokę się w ogonie.
Wszyscy tutaj się zżyliśmy
i razem się wspieraliśmy.
Wojtek to zorganizował
i nami sie opiekował.
Za to mu podziękujemy

i wielkie brawa mu dajemy!!!


Jan Makowski, Golubie, 5 sierpnia 2009

Prawda, że miły akcent?
A słowo wyjaśnienia o wspomnianej w wierszy pani Aldonie, o której chyba nie miałam okazji Wam opowiedzieć albo chciałam, ale zapomniałam. TO JEST KOMPLETNA ŚWIRUSKA!!! Nie wiem, ile może mieć lat, ale na pewno pokolenie moich Rodziców. Pewnego dnia przyniosła nam na śniadanie misę tybetańską i kadzidła i stwierdziła, że ona nam teraz zagra, żebyśmy się uspokoili i lepiej oczyścili!! no święci Pańscy!! I grała, tfu! grała, waliła w tę misę przez całe śniadanie, wniebowzięta, że może nam tak pomóc! Na szczęście od kadzideł ją odwiedliśmy ;)
I jeszcze kiedyś wyprorokowała, że jeśli Zosia (ta mała, roczna dziewuszka) zacznie mówić przed 2 rokiem życia, tzn., że ma kontakt ze swoimi przeszłymi wcieleniami :D po prostu Meksyk :)))
No, to tyle o śniadaniu :)

Po śniadaniu fitness - dzisiaj jakoś wyjątkowo spokojne rozciąganie - do "Nothing else matter" na chorałową modłę (choć, jak mnie uczono, chorał gregoriański to nie chorał gregoriański, tylko monodia chorałowa, zatem - nie mylić: chorałowy od monodii ;))- śmiesznie trochę, ale nie mniej męcząco.

Potem chwilka zaledwie przerwy jakiejś i obiad w moim przypadku, bo godziny posiłków jeszcze dziś miałam "stare", czyli 9:00, 12:00, 14:00 i 17:30. Na obiad dostaliśmy zupę z... ZIEMNIAKAMI!!! no po prostu taki czad, że szok :)))) pycha :) Proszę - wystarczy tydzień postu, żeby się człowiek jarał (że się tak wyrażę) ziemniakami ;) ale naprawdę to była ekstra opcja. Dostaliśmy też mielone siemie lniane do posypania - ja tam bardzo lubię - smakuje orzechami, także z zupą z ziemniakami komponowało się genialnie.

Ogólnie, przyznać trzeba, że ten odcinek, dzień 12, będzie bardzo mocno opanowany przez temat: jedzenie :)

o 14:00 miałam kolejny smakowity elemencik, a mianowicie - sałatkę owocową, w której znalazły się: jabłko, winogrono ciemne i zielone, wiśnie, czereśnie, borówka amerykańska, kiwi, pomarańcza i mandarynka - r e w e l a c j a :)

Po obiedzie poszłyśmy z Elą dookoła jeziora - każda w swoim tempie - ja szybko, Młoda - jak stwierdziła - relaksacyjnie. Zmęczyłam się, jak dziki osioł, ale miałam wielka potrzebę spalenia tych ziemniaków i owoców - jednak, jak człowiek przez tydzień nie je, to choćby posiłek był najlżejszy, będzie się czuło dyskomfort. Nadal go czuję niestety. Psychicznie, nie fizycznie.

Jak wróciłam, spałam prawie do kolacji.

Kolacja była, hmm, zbliżona do tego, co czeka nas jutro, czyli barszczowo-warzywna, ale ok.

A po kolacji było... spotkanie z naszym kucharzem połączone z degustacją. Oczywiście przyszły dzikie tłumy, bynajmniej nie na wykład pana Marka, tylko na - ciasteczko, chlebek z oliwą czosnkową i pasztet z cieciorki. Niestety mnie nie wolno było jeszcze jeść, więc w sumie żałowałam, że poszłam. Po pierwsze: już to kiedyś słyszałam, a po drugie... oto kilka przykładów, jak mówi pan kucharz: "kełki, kełkować", "wszystke", "pisze, pisało" (to nagminne), "te oleje bedziemy zakupować", "powstawają wolne rodniki", "glutamjan sodu" (zamiast glutaminiam), "podprawić czosnkem", "czas nam się skróca", "siemienie lnu", "ziarno odtłuszczone pozbyte jest tych dobrych tłuszczy", "jak najwęcej kełek dodawać do potrawy". Do tego nalezy jeszcze dodać fakt, że wyraża się trzy razy wolniej, niż ja myślę, mówię, działam, czy cokolwiek i wygląda, jak Pavarotti, jeśli chodzi o obwód talii. No po prostu męczarnia!
Niemniej jednak - ludzie się najedli. Good 4 them!

A teraz jeszcze jadłospis z trzech dni:

ŚNIADANIE poniedziałek:
  • sok z marchwi, zakwas z buraków
  • surówka: cukinia, truskawka
  • surówka: pomidor, sałata, cebula
  • gotowany seler
  • 1/2 grapefruita
OBIAD poniedziałek:
  • jabłko
  • surówka: burak, por, kminek
  • surówka: ogórek świeży, cebula
  • gołąbki jarskie ze szpinakiem (którego, jak mówi Ela, nie było ;))
  • zupa pomidorowa
KOLACJA poniedziałek:
  • sok owocowy
  • surówka: sałata, papryka, szczypiorek
  • surówka: biała rzodkiem, marchew, jabłko
  • gotowana kapusta czerwona
  • surowa marchew
ŚNIADANIE wtorek:
  • sok z marchwi, zakwas z buraków
  • surówka: kapusta pekińska, pomarańcza
  • surówka: sałata, pomidor, cebula, kalarepa tarta
  • gotowana marchew
  • 1/2 grapefruita
OBIAD wtorek:
  • sałatka z owoców suszonych
  • surówka: rzodkiewka, szczypiorek
  • surówka: ogórek kiszony, papryka
  • gotowane mieszane warzywa
  • zupa ogórkowa (która była cebulowa, wg Eli)
KOLACJA wtorek:
  • sok wielowarzywny
  • surówka: marchew, chrzan, szczypiorek
  • surówka: kapusta biała, cebula
  • bigos z kapusty kiszonej
  • kalarepa surowa
ŚNIADANIE środa:
  • sok z marchwi, zakwas z buraków
  • surówka: biała rzodkiew, wiśnia
  • surówka: sałata, ogórek kiszony, cebula biała
  • cukinia parzona
  • owoc: czereśnie
OBIAD środa:
  • sałatka owocowa
  • surówka: kapusta biała, marchew
  • gotowany kalafior
  • zupa jarzynowa
KOLACJA środa:
  • sok grapefruitowy
  • surówka: kabaczek, marchew
  • surówka: rzodkiewka, papryka żółta
  • gotowany brokuł
  • dodatek: pomidor, szczypiorek

No to tyle na dziś, finis coronat opus! Do jutra!

wtorek, 4 sierpnia 2009

Siedzimy... nic się nie dzieje... A tu nagle Sikorzyno :) Gołubie dzień 10 i 11

Kochani Czytelnicy!

Wybaczcie ten karygodny brak relacji, ale... jak w tytule... NIC SIĘ NIE DZIAŁO. No dosłownie. Wczoraj wstałyśmy, poszłyśmy na gimnastykę... A nie! kurczę, jednak coś się działo. O 7:40, jak pisałam poprzednio, musiałam jechać z Grekami do Kościerzyny do szpitala, bo chcieli zrobić badania krwi. Pojechałam, wytłumaczyłam pani pielęgniarce, jakie badania chcemy zrobić, aczkolwiek musiałam się trochę nagłowić, bo mnie medycznych terminów po rosyjsku nie uczyli... Ale daliśmy radę. Wróciliśmy akurat na śniadanie, więc ominęła mnie gimnastyka i przytulanie brzóz. Szkoda, szczególnie gimnastyki, bo potem na fitnessie czułam się ciężko nierozciągnięta i okropnie leniwa jakaś (aczkolwiek nie wykluczam, że to kwestia 2 łyżeczek miodu, które zjadłam, tfu!, wypiłam w porannej herbacie).

Potem już dzień toczył się normalnie - o 10.00 gimnastyka fitnessowa, potem obiad, czyli zupy do wypicia, chwila przerwy i o 14.00 herbata, potem do domu spać, oglądać "Ranczo", czytać, czy inne tego typu aktywności uprawiać i o 17:30 kolacja. A nie! Kurczę, skleroza - to pewnie przez nadmiar warzyw ;) po obiedzie od 15.45 był znów wykład doktor Dąbrowskiej. Bardzo ciekawy. Naprawdę. Także w sumie z przyjemnością posłuchałam.

Potem rzeczywiście była kolacja i tyle z dnia wczorajszego.

A dziś - od rana standard: gimnastyka i brzozy, potem śniadanko (zjadłam chyba 3 łyżeczki miodu! w herbacie rzecz jasna i byłam taka leniwa na fitnessie, że szkoda gadać - przynajmniej przez pierwszych kilka ćwiczeń). Po tym całym fizycznym maltretowaniu - do domu na półtorej godziny - poczytać kryminał, bo mnie Bocheński za dużo mózgu zabiera ;) i na obiad. Dziś miałam barszcz i, hmm, coś co miało być zdaje się zupą marchwiową, a z marchwi miało jedynie kolor. Czyli woda bez soli w kolorze młodej marchwi. Z koperkiem - o smaku koperku ;) polecam ;)

Po tych zupkach do domu na partyjkę Dominiona z nowymi kartami (za czorta nie możemy rozgryźć Kanclerza!) i na herbatkę/tudzież obiad w przypadku Młodej. Po obiedzie ekipą 5-osobową (Elka, pani Basia ze Śląska i jej dwie córki lat: 11 i 9 oraz ja) wybrałyśmy się do Sikorzyna, gdzie przecież zostawiłam nuty, a koniecznie musiałam je odebrać :) wypiłyśmy przy okazji pyszną białą herbatę z figami i gruszkami - rewelacja :), poodpoczywałyśmy, ja trochę pograłam - super! No i z bólem serca, ale trzeba było moje miejsce kochane pożegnać...

Wróciłyśmy na kolację - przepyszne soki miałam!! ale to pewnie przez to, że to ostatni dzień - od jutra znów warzywa... a szkoda.

Po kolacji był wykład pani Joli - dietetyczki naszej - o zdrowym żywieniu. Bardzo ciekawy. Tyle, że sporo informacji na raz i nie sposób wszystkiego zapamiętać. Wiedzieliście np., że brokuły powinno się moczyć przez 30 min. przed ugotowaniem albo wkrojeniem do sałatki w wodzie z sokiem z cytryny albo octem jabłkowym, żeby cała chemia z nich wylazła? Bo ja nie :)

Teraz jest jakiś koncert pana Edmunda Lewańczyka - Kaszuba z akordeonem. Jak go szanuję, tak podziękowałam. Słyszałam w tamtym roku i powiem Wam, że folk kaszubski z wykonawcą dobijającym 80. mnie nie kręci ;)

No, to jutro na śniadnie dostaniem puchar owocowy (przynajmniej zawsze tak było), dyplom (he he he) i uscisk ręki prezesa oraz, o niebiosa!, pamiątkowe zdjęcie z dyplomem :D

Do jutra zatem!

niedziela, 2 sierpnia 2009

Kartuzi, glina i dom do góry nogami. Gołubie dzień 9

Dziś był ciekawy i pełen wrażeń dzionek. Rano nie było gimnastyki, bo w niedzielę nigdy nie ma, ale za to zaraz po śniadaniu, kto się na początku wyjazdu szybko zapisał, pojechał na wycieczkę po Kaszubach. Oczywiście nie całych, ale 5 miejsc zobaczyliśmy. Ba! Nawet 6, ale o tym na koniec.

Plan wycieczki obejmował: Szymbark, Wieżycę, Kartuzy, Chmielno i Węsiory.

Zatem od początku. Szymbark – pisałam już o tym rok temu, ale dla tych, co jeszcze wtedy nie czytali i nie wiedzą, napiszę raz jeszcze. Jeśli ktoś czytał i wie albo nie czytał i wie z innego źródła – może ten fragment pominąć.

Szymbark znany jest właściwie tylko ze swojego Centrum Edukacji i Promocji Regionu, czy coś w tym guście – kompleksu tak eklektycznego, że ciężko porównać to do czegokolwiek innego. W czym eklektyzm? Już mówię. W obrębie tegoż Centrum można zwiedzić i zobaczyć: najdłuższą deskę świata (z tego, co mówił przewodnik, to już ktoś nas wyprzedził zdaje się), chatę Sybiraka, łagier, pociąg, którym wywozili jeńców na Syberię, domy osadników kanadyjskich (Kaszubów, którzy wyjechali w poł. XIX wieku), bunkier GRYF POMORZA, dom do góry nogami, kościół, w który zostały wbudowane deski z dachu domu Sybiraka i zrekonstruowany szlachecki dworek, w którym obecnie mieści się Biblioteka Sybiraków. Poza tym wszędzie są lody, gofry i kiełbaski (dla nas – makabra! – szczególnie zapachy). No sami powiedzcie? Niezłe rokokokoko, co? :)

Poniżej dom, który stanął na głowie.



I teraz po kolei. Deska, jak to deska – jak dla mnie szału nie robi, choć rzeczywiście jest długa. 36,82cm. Z daglezji wycięta. No, dobra, ciesielska robota ;) Potem następuje seria rzeczy, które na mnie robią wrażenie duże. Choć nie miałam nikogo, kto zostałby zesłany na Syberię, oglądając te wszystkie straszne rzeczy, jakoś się człowiek czuje mały, leniwy, wygodnicki i mocno niedoceniający tego, co ma…
Nie mam zdjęć pociągu ani domu, czy łagru, bo jakoś… nie wiem, miałam poczucie, że to nieetyczne się tam fotografować… Może to trochę głupie, ale tak czułam. Pewnie można sobie w internecie pooglądać.
Do bunkra nie weszłam – ani teraz, ani rok temu. Ludzie wychodzili i mówili, że wrażenia mocne. Ja spasowałam. Jakoś nie mogłam po tym zestawie syberyjskim przeżywać jeszcze bombardowania…

A teraz ciekawostka: siedziałam sobie przy wyjściu z bunkra i czekałam na resztę. Nagle podchodzi do mnie pani z Grecji (jedna z kilku, które są akurat na turnusie) i pyta, co ja robię w życiu, kim jestem, itd. Więc jej powiedziałam, że między innymi jestem translator from russian, a ona do mnie: from russian? No to dawaj budiem gawarit’ po-russki. No wcięło mnie całkiem. Okazało się, że studiowała medycynę w Moskwie i mówi pięknie po rosyjsku! Czad – tak dawno nie mówiłam, że myślałam, że wszystko zapomniałam. A jednak nie :) choć oczywiście słówek mi trochę brakuje… Tak, że od tej pory miałam rosyjskojęzycznego rozmówcę. Potem tłumaczyłam im wszędzie, gdzie się dało, a oni swoim znajomym na grecki. Bardzo kosmopolitycznie. Najgorzej było z krużgankami, kurdybanami, kaplicami i pierwowzorami haftu kaszubskiego ;) Czasem zdania wyglądały tak: JA „how to say chapel in russian?”/ONA ”I don’t know”/JA „so, this chapel była pastrojena w XVI wiekie” ;d
Ale raczej było pięknie i poprawnie. A jak cudownie było znów usłyszeć ten język i móc go używać!

Po Szymbarku pojechaliśmy do Wieżycy. Jest tam wieża widokowa, na którą wskrobała się Elka, bo ja byłam w tamtym roku i wystarczy – nie dość, że są prześwitujące stopnie, to jeszcze cała górna platforma buja się od wiatru! Brrr!

Widok z wieży na Wieżycy


Kolejny punkt programu to Kartuzy. Nie pamiętam, w którym wieku klasztor Kartuzów został tam założony, ale ci Karuzi to są straszni hardcore’owcy! Nie dość, że żyją w eremach, wychodzą z nich tylko na nabożeństwa, ale nie mają prawa z nikim rozmawiać (rozmawiają tylko w niedzielę i to tylko i wyłącznie o sprawach zgromadzenia!), to jeszcze poszczą strasznie restrykcyjnie – 3 dni w tygodniu post całkowity, czyli woda, 3 dni – post taki normalny, czyli chyba jeden posiłek dziennie (generalny zakaz mięsa) i tylko w niedzielę mogą zjeść rybę. No masakra! Kartuzów w Kartuzach już nie ma, ale jest kościół i jedna ta ich pustelnia (nie wiem, czy to jest ten erem, czy ta erema, ale obstawiam rodzaj męski). Kościół zwiedziliśmy – przetłumaczyłam, jak umiałam (przy „krużgankach” się poddałam i chyba powiedziałam, że była tam płaściadka).

Oto i "kawałki" kartuzkiego nasljedstwa





Z Kartuz pojechaliśmy do Chmielna, gdzie jest muzeum garncarstwa. Wiem, że brzmi mało pociągająco, ale jest malutkie, więc nie obciąża za bardzo chodzeniem i zbiorami, a poza tym pan Grzegorz – garncarz, pokazuje, jak się te cuda robi. Naprawdę, to niesamowite – kilka ruchów i wychodzi takie cacko, że szkoda mówić! A teraz, uwaga uwaga, poprosiłam pana Grzegorza, czy nie mogłabym spróbować i…. zgodził się! :) Kurczę, strasznie to trudne! Zrobiłam okrutnie pokraczną (w porównaniu z jego wyrobami) miseczkę, ale byłam dumna i blada! Oczywiście nie obyło się bez kraksy - jeden kawałek gliny mi odleciał - ot tak sam z siebie ;) (dzięki Bogu, że w nikogo nie trafił, bo dopiero by było!).

Poniżej ja przy kole garncarskim i mój wyrób pierwawa sorta ;)

(te sexi spodenki, 3 razy na mnie za duże, dostałam od pana Grzegorze w celach ochronnych ;))

:)))


Kupiłyśmy sobie z Elką ogromne kubki w Chmielnie z kaszubskimi wzorami, więc coś mamy na pamiątkę.

Kolejnym i ostatnim punktem programu były Węsiory i kamienne kręgi. Jest kilka teorii nt powstania tych kręgów – jedna o Gotach, że to oni przywędrowali i sobie zrobili magiczne kręgi do obrzędów i obrony kurhanów, w których grzebali swoich zmarłych, itd. Teorię tę obala trochę fakt, że w innych miejscach, w które, jako lud koczowniczy, przewędrowali owi Goci, takich kręgów nie znaleziono, więc prawdopodobnie są one wcześniejsze, a Goci zaadaptowali je po prostu do swoich potrzeb. Trzecia teoria, na podstawie badań porostów na kamieniach tworzących kręgi jest taka, że są one (kamienie) tam już o ponad 10 000 lat, więc Goci mogą się schować. Poza tym te kręgi to istny raj dla bioenergoterapeutów i różdżkarzy, bowiem emanują taką energią, że leczą nawet raka (tak mówią). No cóż – ja tam nic nie czułam, ale może to właśnie o to chodzi. Kaszpirowski też mówił tylko „adin, dwa, tri, skażytie mienia, gdie siditie” i ludzie zdrowieli ;) Niemniej jednak – ludzie się na kamieniach kładli i… leżeli, doenergetyzowując się zasadniczo (jak twierdzili) :)
Jak wyjeżdżaliśmy z kręgów, przewodnik powiedział, że jesteśmy taką fajną grupą, że ona ma propozycję – co my na to, żeby pojechać do Ziemi Świętej jeszcze teraz? No więc, po chwili lekkiej konsternacji, wszyscy ochoczo przystali na ten bonus. I rzeczywiście, pojechaliśmy (właściwie przejechaliśmy nie zatrzymując się) do wsi… BETLEJEM :)
jest tam tylko jedno gospodarstwo, ale Betlejem jest!

Wróciliśmy dokładnie na kolację. Bardzo dobre soki były u mnie. Dziś jadłospisu nie będzie, bo z okazji wycieczki, dostaliśmy prowiant.
Po kolacji, daliśmy się jeszcze namówić Grekom na spacer dookoła jeziora. I dobrze – baaardzo miły spacer. Całą drogę dyskutowałam sobie z panią Greczynką po rosyjsku. Potem dołączył do nas taki pan Jacek, który śpiewa w chórze cerkiewnym i śpiewaliśmy po grecku i rosyjsku piosenki. Wyobraźcie sobie – grupa świrów z kijkami do nordic-walkingu idzie przez las i wydziera się „Rascwietali jabłoni i gruszy…” :D

No, jutro za to, w ramach zacieśniania więzów międzynarodowych, obiecałam zawieźć Greków na badania krwi do szpitala i jestem z nimi umówiona o 7:40 w ośrodku! Ech, czyli trzeba wstać wcześniej sporo… No i z gimnastyki nici, ale trudno – pomogę przecież.

Do jutra Kochani!

sobota, 1 sierpnia 2009

Botanical Garden i handlowcy. Gołubie dzień 8

To już 8 dzień tutaj! Czyli za półmetkiem :) Dla mnie jeszcze 3 dni mojego postu. Coraz lepiej!

Dzień 8, jakkolwiek przełomowy, bo już od tej pory będzie z tzw. górki, rozpoczął się jak każdy inny do tej pory - przytulaniem się do brzóz w szlachetnym celu samopoznawczym ;)
Potem śniadanie - jak zwykle herbata z miodem dla mnie, a jadłospis warzywny na koniec.

Po śniadaniu o 10:00 fitness. Fajny był, bo w trochę innej konwencji - przy drążkach, jak baletnice, he he. Choć nie powiem, że lekki. Oj, nie.

Po fitnessie na chwilę do domu, poczytać i... pospać ewentualnie i na 12 ja na obiad. Dziś na obiad poza zakwasem, dostaliśmy, hmmm, jakby to dyplomatycznie ująć... WODĘ, W KTÓREJ GOTOWAŁ SIĘ WCZEŚNIEJ KALAFIOR!! No dobra, można to nazwać fachowo wywarem z kalafiora, ale nie da się ukryć faktu, że była to praktycznie woda, w której jedyną wartością, nie tylko smakową, ale i zauważalną, był dodany przez nas własnoręcznie koperek. Czyli się nie popisali dziś. Ale lepszy rydz, niż nic, więc zjadłam pewnie ze 2,5 filiżanki tejże koloidalnej zawiesiny (choć koloidalne to to było ledwo co).

Po obiedzie na chwilę z powrotem do pokoju i znów moment na lekturę, a ok. 15 poszłyśmy sobie z Elką do Gołubieńskiego Ogrodu Botanicznego. Kurczę, naprawdę miłe miejsce! No, może w porównaniu z krakowskim wypadłby gorzej, ale nie ma co narzekać. Zrobiłyśmy mnóstwo zdjęć - kilka zamieszczę i wierzcie mi, że chciałabym więcej, ale nie mogę nadwerężać łaskawości iPlusa ;) btw, wiecie, że mówi się nadwErężać?? pewnie wiecie... ale przyznam Wam się, że ja całe życie myślałam, że prawidłowa forma to nadwYrężać... no, ale już wiem, że nie :)
Przez to, że poszłyśmy do tegoż miejsca zielono-kwiecistego, wystawiłyśmy do wiatru jedną panią, która umówiła się z nami na saunę. Trochę głupio, ale pogoda była prześliczna (co tutaj jest rzadkością) i nie chciałyśmy tego stracić, a babka nie przyszła na herbatę popołudniową i nie miałyśmy jej nawet jak poinformować o tym, że nie idziemy. Jej strata. Obraziła się. Ale ja mam to w głębokim poważaniu. Szczególnie, że jej nie lubię po prostu. No.

Po powrocie z ogrodu, poszłyśmy prawie od razu na kolację. Dobra była - u mnie 2 soki (z pszenicy, jabłka i cytryny i drugi, hmmm, nie wiem z czego, ale na pewno miał jabłko i był żółty :) ). A po kolacji był pokaz gotowania AMC czy jakoś tak. Stwierdziłyśmy zgodnie, że można byłoby się przejść z ciekawości, może coś fajnego zasugerują. Oczywiście okazało się, że to jest prezentacja na zasadzie Zeptera. Garnki naprawdę fajne, ale kto ma do wyłożenia od ręki 4150 zł lub 13.000, jak kto woli ;) No ja w każdym razie nie mam. Ale dostałam nożyk do warzyw za to, że przyjechałam z miejsca położonego najdalej od Gołubia, he he :) i Młoda też dostała nożyk za to, że... podała się za pana Leszka :D A było to tak, że pan Leszek po prostu wyszedł w trakcie prezentacji, ale wypełnił wcześniej kupon, który brał udział w losowaniu gadżetów - klasyczny zabieg marketingu sieciowego. I akurat ten jego kupon został wylosowany. Pan prowadzący z uśmiechem na twarzy przeczytał "Pan Leszek z ....." i stwierdził, że kurczę, pana Leszka już nie ma. A Młoda na to, z jeszcze większym uśmiechem, "to ja mogę być panem Leszkiem" :D i dostała nożyk pana Leszka (ku swojemu i mojemu ogromnemu zdziwieniu).

Tak, że udał nam się dzień - przynajmniej jeśli chodzi o nożyki do warzyw :D

Jutro jedziemy na wycieczkę po Kaszubach. Ja już na niej byłam, ale nie miałam aparatu, więc jadę jeszcze raz ;)

A teraz pora na... kalafiora ;) czyli jadłospis z dziś (dieta OW):

ŚNIADANIE:
  • sok z marchwi, zakwas
  • surówka: biała kapusta, marchew, koper
  • surówka: sałata, rzodkiewka, cebula czerwona
  • gotowana kalarepa
  • mandarynka
OBIAD:
  • jabłko
  • surówka: marchew, jabłko, cytryna
  • surówka: ogórek kiszony, papryka
  • gotowana cukinia faszerowana
  • zupa jarzynowa
KOLACJA:
  • sok owocowy
  • surówka: kapusta kiszona, cebula
  • surówka: kabaczek z sokiem z cytryny
  • rzodkiewka
  • gulasz warzywny

A poniżej kilka zdjęć (to z jarzębiną jest Elki autorstwa):